Dostęp Otwarty

Felieton

Co gryzie profesora Wciórkę?

Prof. dr hab. med. Jacek Wciórka

Small dsc 3448 kopia opt

Prof. dr hab. med. Jacek Wciórka

Jednym z pytań, które dotkliwie sprawdza profesjonalną stanowczość psychiatrii (a czasem nawet sui generis pychę), jest pytanie o to, czym jest „choroba psychiczna”. Próby odpowiedzi, jakie podejmowano na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci, kluczyły między entuzjastyczną proklamacją różnych idei a ich zaciekłą krytyką i nie oferowały zdecydowanego, powszechniej akceptowanego wyniku, a co najwyżej tymczasowy rozejm między stronami angażującymi się w spór. Ten spór toczy się w psychiatrii, ale też między nią a innymi kompetencjami i poza psychiatrią. Jest ważny, bo dotyczy legitymacji psychiatrii do pomagania potrzebującym, a także do interweniowania w imię zgromadzonej wiedzy, doświadczeń oraz aprobowanych standardów. Jak bardzo ostro mogą brzmieć konsekwencje wiedzy zdeprawowanej lub takiej, która chybiła celu, ilustruje wiele przykładów historycznych, ale także całkiem dzisiejsza informacja prasowa:

W Belgii zdrowa fizycznie kobieta, która cierpiała na depresję, została poddana eutanazji. Lekarze uznali chorobę za nieuleczalną, nie walczyli o życie kobiety, nie próbowali odwieść jej od decyzji o eutanazji i nawet nie skontaktowali się z jej rodziną, która dowiedziała się o wszystkim po fakcie. Syn kobiety skarży swój kraj za śmierć matki. Twierdzi, że zabieg przeprowadzono niepotrzebnie, ponieważ choroba, na którą cierpiała, była uleczalna. Utrzymuje, że stała się ofiarą złych przepisów, które należy zmienić, by chronić chorych. W skardze do Strasburga napisał, że depresja jego matki była uleczalna, a lekarz zgodził się na eutanazję dopiero wtedy, gdy wpłaciła kilka tysięcy euro.

Pomińmy rozważanie wielu kontrowersyjnych fragmentów tej informacji – czy zadawanie śmierci można nazwać zabiegiem, czy jakąkolwiek depresję można uważać za nieuleczalną, czy domniemana nieuleczalność może być motywem eutanazji, czy koszty pomagania powinny być jakimkolwiek argumentem w tej sprawie, komu eutanazja niesie ulgę – cierpiącemu czy raczej „pomagającym”…

Skupmy uwagę na znaczeniu nadawanemu w tej historii „chorobie psychicznej”. Ciężka depresja z poczuciem nieuleczalności oraz z pragnieniem i aktywnym zabieganiem o śmierć, bez wątpienia spełnia uznawane dziś w psychiatrii kryteria choroby psychicznej, która uprawnia do szukania i udzielania pomocy. Czy jednak w tym prostackim odhaczaniu kryteriów nie czai się pułapka? Czy rzeczywiście całość tego niepowtarzalnego doświadczenia (nazwijmy je przez chwilę doświadczeniem X) można zamknąć w nozologicznym schemacie współczesnej psychiatrii?

Kobieta bez wątpienia cierpiała. W jej osobowej, osobistej perspektywie przeżywane doświadczenie X było głębokim cierpieniem. Naruszało osobową integralność i odczuwane potrzeby w stopniu, który przekroczył jej uczuciową wytrzymałość, poznawczą wyobraźnię i dostępne programy działania tak bardzo, że domagała się śmierci.

W perspektywie życiowej, egzystencjalnej doświadczenie X oznaczało poważny kryzys, który zapewne naruszył poczucie ciągłości podstawowych wartości i motywów: nadziei, tożsamości, sensu i sprawczości. Dotychczasowy plan egzystencjalny skurczył się, może niemal zanikł, i ogarnęło ją poczucie końca, katastrofy.

W perspektywie społecznej, międzyludzkiej, doświadczenie X stanowiło jakiś rodzaj napiętnowania, a może samonapiętnowania, tj. poczucia dyskredytującego naznaczenia, kwestionującego przynależność do wspólnoty lub równość zajmowanej w niej pozycji i pełnionych ról. Za czym szła sugestia rozwiązania. W tym przypadku gotowe, choć płatne narzędzie bezpowrotnej eksterminacji poza wspólnotę.

Wreszcie, w perspektywie medycznej, przeżywane doświadczenie X odpowiada konstruktowi choroby, jako zespołu objawów i kryteriów klinicznych usytuowanych w aktualnej klasyfikacji, związanych z nagromadzoną wiedzą i mobilizujących do takiego czy innego postępowania, z lepszym lub gorszym skutkiem.

Spór, o którym tu mowa, wynika, jak się wydaje, z niewspółmierności oraz znacznej nieprzystawalności tych niezależnych, równoległych perspektyw. Jałowość sporów o konceptualizację „choroby psychicznej” wydaje się pochodną pokusy absolutyzowania jednej z nich, kosztem innych. Pacjent doświadcza cierpienia, kryzysu czy napiętnowania nie z powodu „choroby”, lecz jej określenie (diagnoza) jest uproszczoną i czasem pomocną nazwą cierpienia, kryzysu czy piętna, których przyczyny i cechy są na ogół wielorodne, złożone i słabo rozpoznane. Choroba jest i cierpieniem, i kryzysem, i – niestety – piętnem, ale nie wyczerpuje ich znaczenia. One przekraczają jej ciasne granice. Co warto dostrzec.

Dostrzeżenie, docenienie i wykorzystanie tej wielostronności perspektyw może poprawiać skuteczność oferowanej pomocy. Psychiatra ograniczający się do kuracji eliminującej objawy „depresji” czy „schizofrenii” może być mniej przekonujący niż psychiatra gotów jednocześnie do rozmowy i działań na rzecz łagodzenia cierpienia, odwracania kryzysu czy rozbrajania piętna. To – moim zdaniem – nie tylko problem wyboru języka, ale istota terapii.