Dostęp Otwarty

Felieton

Co gryzie profesora Wciórkę?

Jacek Wciórka

    

Small dsc 3448 kopia opt

Jacek Wciórka

Drukowany w tym numerze „Psychiatrii po Dyplomie” artykuł Agnieszki Kolano „Koncepcje teoretyczne a indywidualne doświadczenie pacjenta – integracja podejść w terapii uzależnień” nasuwa niewesołe refleksje. Oto ze skrupulatnie wyliczanych przez autorkę podejść, ujęć, koncepcji, perspektyw, podziałów, typologii wyłania się mozaika propozycji, wobec których nawet odważnego i pojętnego adepta terapii uzależnień może spotkać los nieszczęsnego osiołka, któremu w żłoby dano „w jednym owies, w drugim siano”. Z tym jednak zastrzeżeniem, że o ile osiołka wabiły jednakowo smakowite perspektywy owsa lub siana, o tyle adepta mozaika podejść terapeutycznych to wabi, to straszy, to kusi, to przeraża, a to pogrąża w zwątpieniu. Skutek może być jednak ten sam. I to byłaby pierwsza niewesoła refleksja.

Autorka widzi rozwiązanie w czymś, co nazywa integracją podejść, rozumiejąc przez to – jeśli dobrze odczytałem – wybór tego, co lepiej odpowiada indywidualnemu doświadczeniu pacjenta i sposobowi określenia przez niego form oczekiwanej pomocy. Taka odpowiedź wskazywałaby jednak nie tyle na integrację, ile na postulowany dawno temu przez Karla Jaspersa pluralizm metodologiczny. Zaproponował on, by nie próbować ani na siłę łączyć ze sobą różniących się podejść (eklektyzm), ani nie szukać – też raczej na siłę – jednoczącej je wspólnej zasady (integracja), lecz wybierać to, które w danej sytuacji klinicznej wydaje się bardziej albo najbardziej skuteczne. Pytanie brzmi bowiem nie tyle „kto ma teoretycznie rację”, ile raczej „jak można praktycznie pomóc”. Być może jednemu pomoże tabletka, innemu dobre słowo, trzeciemu trening, czwartemu zrzucenie winy na tatusia, a piątemu – raz to, a kiedy indziej tamto. Wydaje się, że taki krok w stronę pluralizmu metod nie jest wbrew pozorom łatwy, bo wymaga pewnej pokory oraz pojawienia się we wspomnianej diadzie (doświadczenie pacjenta – koncepcja terapeutyczna) trzeciego źródła wpływu, którym powinny być indywidualne doświadczenie i kompetencja terapeuty. Pytanie o realną integrację w terapii uzależnień pozostaje tymczasem bez stanowczo twierdzącej odpowiedzi. I to byłaby druga niewesoła refleksja.

Wspomniana indywidualizacja wpływu terapeuty/psychoterapeuty nie wydaje się trywialna. To trzecia niewesoła refleksja, która wybrzmiewa, gdy czytając o teoretycznej zawiłości i rozdrobnieniu podejść terapeutycznych, przypominam sobie niekończące się dyskusje między psychoterapeutami, które dane mi było obserwować w trakcie gorących niegdyś sporów o ustawowe i praktyczne regulacje dotyczące psychoterapii, gdy w imię niezbyt czytelnych motywów stronom łatwiej było rozrywać obszar działania i odpowiedzialności psychoterapii, niż dzielić go z innymi. Sporów dziś jakby przygasłych, ale przecież niezakończonych i nadal żywych. Liczba szkół, doktryn i mód terapeutycznych nie maleje, ich konkurencyjność raczej rośnie, a i wzajemna wobec siebie podejrzliwość z pewnością nie zanika. W efekcie w szczeliny i zachyłki coraz śmielej wdziera się żywioł szarlatanerii i nieodpowiedzialności.

Kolejna i ostatnia już niewesoła refleksja wiąże się z sygnalizowanym pytaniem o odrębność psychoterapii/terapii uzależnień od psychoterapii/terapii innych zaburzeń psychicznych. Minęło wiele lat od czasu, kiedy Jerzy Mellibruda, skutecznie operując plagami, wyprowadzał terapię uzależnień z medycyny i psychiatrii. W efekcie powstały możne agencje państwowe obsługujące tę sferę działalności, ważne alternatywy organizacyjne i kompetencyjne, a także swoista odrębność odpowiedzialności publicznej. I tylko wróble na dachu jeszcze ćwierkają, że co najmniej połowa klienteli psychiatrycznej doświadcza współchorobowości związanej z zaburzonym używaniem substancji, a granica między nim a innymi zaburzeniami psychicznymi nie jest ani fundamentalna, ani oczywista. Być może wyrugowanie terminu „uzależnienie” z klasyfikacji DSM-5 przywróci te zapominane lub ignorowane związki. I to pewnie byłaby nuta felietonowego optymizmu.