Medycyna ratunkowa
Na ratunek ludziom z głową w chmurach, czyli wysokogórska telemedycyna ratunkowa
dr hab. n. med. i n. o zdr. Robert K. Szymczak
- W niniejszym artykule została przedstawiona specyfika udzielania pomocy medycznej w wysokich górach, w tym zdalna opieka nad chorym alpinistą. Całość zobrazowano przykładami przypadków z własnej praktyki autora
Zainteresowanie turystyką wysokogórską oraz dostępność dla polskich turystów trekkingów i wypraw w wysokie góry rośnie. Blisko 30 naszych krajowych touroperatorów organizuje takie wyprawy. Pobyt >2500 m n.p.m. wiąże się z ryzykiem ostrych chorób wysokościowych, takich jak:
- ostra choroba górska (AMS – acute mountain sickness)
- wysokościowy obrzęk mózgu (HACE – high altitude cerebral edema)
- wysokościowy obrzęk płuc (HAPE – high altitude pulmonary edema).
Niezależnie od lokalizacji wyprawy wysokogórskie charakteryzują się ograniczonym dostępem do służb ratunkowych. W przypadku urazu lub choroby turysta wysokogórski często przez wiele godzin zdany jest na własną wiedzę, umiejętności i wyposażenie lub na wsparcie grupy, z którą się wspina. Współczesna technologia pozwala jednak na konsultacje telemedyczne. Kontakt z lekarzem oddalonym o tysiące kilometrów jest często jedyną możliwością zapewnienia opieki medycznej w wysokich górach. Skuteczna realizacja takich konsultacji wymaga wcześniejszego przygotowania zarówno ze strony lekarza, jak i wysokogórskiego wspinacza bądź turysty.
Przypadek 1
Mężczyzna, lat 38, zgłosił się na konsultację na 10 dni przed wyprawą na Mount McKinley (najwyższy szczyt Ameryki Północnej mierzący 6190 m n.p.m.; inna nazwa: Denali). Głównym celem było szczegółowe omówienie schematu aklimatyzacji. Ponieważ sam organizował wyprawę i przeznaczył na wejście prawie miesiąc, nie było problemu z ułożeniem planu zgodnego z zasadami aklimatyzacji. Mężczyzna wybierał się na wyprawę z partnerem wspinaczkowym, którego miał dopiero poznać na miejscu. Przed wspinaczką na Mount McKinley zaplanowali rozgrzewkowe wejście na Mount Rainier (4390 m n.p.m.).
Po upływie 10 dni od rozpoczęcia wyprawy na mojej skrzynce mailowej pojawił się dramatyczny e-mail od ojca wspinacza: „SOS. Zadzwoń na ten numer natychmiast. Mój syn jest ranny (płuco)? na Mt. Rainier w USA. Prosił o kontakt z Tobą”. Ton wiadomości był lekko rozkazujący, niemniej jako lekarz rozumiem stres i napięcie, które musiało wtedy panować w rodzinie mężczyzny. Natychmiast zadzwoniłem na podany numer – w USA była wówczas północ (dokładnie 00.15). Odebrał konsultujący się ze mną wcześniej uczestnik wyprawy, informując o lawinie kamieni, która spadła na jego obóz, oraz o jego kłopotach z oddychaniem i prawdopodobnie złamaną ręką.