Spis treści

Różnice między lekiem a suplementem diety są diametralne. Wszystkie leki, zarówno te na receptę, jak i OTC, przechodzą procedurę dopuszczenia do obrotu i podlegają systemowi GMP (Good Medical Practice), natomiast suplementy diety (diet suplement – DS) podlegają jedynie systemowi HACAP. Nad lekami czuwa Inspektor Farmaceutyczny, nad suplementami Główny Inspektor Sanitarny. Inne więc prawa i obowiązki dotyczą producenta leków, a zupełnie inne producenta suplementów.

Nieprzeczytana ulotka

Dla

lekarzy ogromnym problemem jest odbiór społeczny suplementów diety. Wśród pacjentów utarło się bowiem przekonanie, że jeśli przyjmują coś w postaci tabletek, kapsułek, drażetek, saszetek, kropelek – to musi być lek. W ich możliwościach postrzegania odróżnienie wizualne leku od suplementu diety jest w zasadzie niemożliwe do momentu, kiedy przeczytają na opakowaniu, że mają przed sobą suplement, ale zdarza się też, że później o tym zapominają.

Niewiele osób potrafi uważnie przeczytać ulotkę dołączoną do opakowania. Dlatego przypomnę, że suplement diety jest żywnością zgodnie z definicją obowiązującą w Unii Europejskiej. Służy do uzupełnienia niedoborów składników odżywczych na skutek np. niewłaściwie zestawionej diety.

Różnica między lekiem a suplementem jest ogromna i polega na tym, że tak naprawdę nie wiemy, jaka jest substancja czynna suplementu, jego bioprzyswajalność, biodegradalność oraz aktywność w organizmie. Nie prowadzi się również monitoringu działań niepożądanych ani toksyczności tego typu środków.

W przypadku leku działania niepożądane są wpisane w charakterystykę produktu leczniczego (ChPL) – to jeden z wymogów pozwalających na jego dopuszczenie do obrotu. Nim to nastąpi, lek przechodzi trzy fazy badań klinicznych. Czwarta, otwarta faza tak naprawdę nigdy się nie kończy. Przez lata zbierane są z rynku informacje na temat działań niepożądanych i skutków ubocznych każdego leku. Bywa, że nawet najlepszy lek, wykonany zgodnie ze sztuką farmaceutyczną i wiedzą medyczną, może wykazać skutki, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. Do dzisiaj przecież zbierane są informacje na temat działania np. kwasu acetylosalicylowego, choć świat o tej substancji dowiedział się ponad 100 lat temu.

Natomiast w przypadku suplementów musi zostać najpierw wykazane działanie niepożądane, by odpowiednie organy mogły zwrócić się w tej sprawie do jego producenta. Czyli absolutnie odwrotnie niż przy leku.

Jeśli chodzi o skład suplementu, musimy uwierzyć w to, co producent deklaruje na opakowaniu. Badanie Instytutu Leków prowadzone kilka lat temu wykazało, że 15 proc. obecnych na rynków tego typu środków było zafałszowanych. 1 Dodawane były do nich substancje niedozwolone, zarezerwowane tylko dla leków, np. sybutramina, syldenafil, tadalafil. Tak się niestety działo z częścią preparatów np. na „poprawienie męskości”, dzięki którym uzyskuje się efekt przynależny wyłącznie lekom. Skład tych suplementów jest badany przez Instytut Leków. 2

Gdzie ta substancja

Zdarza się, że znajdowane są w nich substancje czynne leków w postaci wspomnianego syldenafilu nie w dawce 100 mg, ale 50 mg. Klienci są zadowoleni, bo preparat jako tako działa. Jednak ze względu na zawartość substancji leczniczej i bezpieczeństwo stosowania powinien być zarejestrowany jako lek. I tego się domagamy jako lekarze. Przepisując moim pacjentom lek, po pewnym czasie spodziewam się konkretnego efektu. Doradzając suplement, nie spodziewam się zbyt wiele. I to jest kolosalna różnica.

Obserwuje się rozbieżność pomiędzy deklarowaną a rzeczywistą zawartością substancji czynnych, nierzadko zupełnie jej brak! Wprowadzenie do badań jakościowych składu suplementów diety nowoczesnych technik badawczych, jak choćby HPLC, pozwoliło w badaniach amerykańskich 27 suplementów zawierających wyciągi z liści Ginkgo biloba ujawnić w większości preparatów inne od deklarowanych przez producenta ilości związków czynnych, zróżnicowany skład, różne proporcje związków hydrofilnych i lipofilnych (zafałszowania dodatkiem kwercetyny, rutyny), zawartość genotoksycznych i karcynogennych kwasów ginkgolowych od około 500 do 9000 ppm, przy normie podawanej w monografii Farmakopei Europejskiej poniżej 5 ppm. Podobne badania prowadzono w Holandii, stwierdzając, iż spośród 29 suplementów diety z wyciągiem z liści miłorzębu tylko trzy preparaty – czyli zaledwie 10 proc. – zawierały ekstrakt o wymaganych parametrach ilościowych, zapewniających skuteczność i bezpieczeństwo stosowania. 3

Konsultacji nigdy za wiele

Inną grupą są suplementy skierowane do osób z niedokrwistością, czyli mające zwiększyć stężenie żelaza. To ogromnie niebezpieczny rynek. Niedokrwistość nie jest chorobą jednorodną, może być spowodowana różnymi czynnikami. Żeby móc stwierdzić, że to na pewno anemia z niedoboru żelaza, nie wystarczy oznaczyć je w badaniu. Pacjentki jednak kierują się taką oceną i przyjmują suplementy diety. Jaka jest bioprzyswajalność takich preparatów? Tego nie wiemy. Wiemy za to, że kumulacja soli żelaza może zagrażać zdrowiu, a nawet życiu. W związku z tym podawanie i przyjmowanie takich preparatów bez konsultacji z lekarzem jest niedopuszczalne.

Permanentna reklama suplementów, kierowana bezpośrednio do społeczeństwa, doprowadza do sytuacji, że na wizytę przychodzi do mnie 32-letnia kobieta z bólami brzucha. Nie może jeść. Oczywiście moje pytanie jako lekarza brzmi: „Czy pani przyjmuje leki?”. Wyjęła na to kartkę formatu A4. Na niej były 32 pozycje, w tym jeden lek na receptę, β-adrenolityk, bo miała już zaburzenia rytmu, trzy leki OTC. Reszta – suplementy diety. Zaczęłam jej tłumaczyć, że trzeba to wszystko odstawić, oprócz leku na receptę. Ta kobieta, naładowana informacjami z reklam, zaczęła na mnie krzyczeć, że bez tego na pewno umrze.

Nie wiemy także, w jakie interakcje suplement diety wchodzi z lekami i z żywnością – bo przecież wchodzi. Świadomie wprowadzamy do organizmu kolejną substancję chemiczną. A jednocześnie konsumenci życzą sobie, aby w żywności było jak najmniej chemii.

10 lat temu Amerykańskie Towarzystwo Anestezjologiczne zrobiło listę substancji, leków i suplementów – również pochodzenia roślinnego – które muszą być odstawione przed zabiegami operacyjnymi. Podobną listę przedstawiło kilka lat później również Polskie Towarzystwo Anestezjologiczne. Na przykład czosnek w naturalnej postaci i w niewielkich ilościach działa na organizm korzystnie. Ale jeśli ktoś przyjmuje skondensowaną allicynę, rośnie ryzyko zaburzeń krzepnięcia. 4

Brakuje compliance

Obecnie lekarze nakłaniają pacjentów, by mówili o wszystkich substancjach, jakie przyjmują. Jednak nie zawsze udaje się takie informacje uzyskać, brakuje compliance. Istnieją raporty amerykańskie, 5 według których rocznie 35 tys. ludzi umiera z powodu interakcji lekowej. U nas takich raportów nie ma, ale muszą być też takie przypadki, jeśli stosujemy te same leki. Chodzi o interakcje leków, suplementów, żywności.

Medykalizacja suplementów diety jest praktyką niedopuszczalną i niezgodną z obowiązującym prawem. Obserwując rynek leków, dochodzę do wniosku, że suplementy diety coraz bardziej udają leki, zarówno pod względem opakowań i nazewnictwa, jak i dołączanej do nich ulotki.

Lekarze, a tym bardziej farmaceuci, powinni w większym stopniu niż obecnie brać odpowiedzialność za informowanie pacjentów, co przyjmują. Pacjent powinien mieć nie tylko lekarza rodzinnego, ale i farmaceutę rodzinnego i u niego kupować wszystkie leki. Wtedy farmaceuta wie o wszystkim, co pacjent przyjmuje, i nie dopuszcza, aby popełnił w tym zakresie błąd.

Potrzebne różnicowanie i nowe badanie

Rynek suplementów powinien podlegać zupełnie innej kontroli niż obecnie – nie aż takiej jak leki, niemniej określone kryteria powinny być spełnione. Co z tego, że na rynku jest kilkadziesiąt preparatów magnezu, jeżeli tylko z kilku organizm jest w stanie skorzystać?

Z kolei odpowiedzialność lekarza powinna polegać na tłumaczeniu, że leki to jedno, a suplementy, czyli elementy codziennego żywienia, to drugie. Bo suplement musi uzupełniać niedobory pokarmowe i nic więcej.

EFSA i organizacje prozdrowotne UE podjęły już dawno szeroką dyskusję o suplementach diety, o tym, jak poprawić obecną sytuację. W Polsce mamy w handlu, nie tylko przecież aptecznym, ok. 15 tys. suplementów. Co roku pojawia się ok. 3 tys. nowych. Czas najwyższy, żeby nad nimi zapanować.

Czy oznacza to, że lekarz powinien całkowicie odradzać przyjmowanie suplementów diety? Jestem pewna, że w naszym obszarze geograficznym przydatne są pewne suplementy. Gdybyśmy mieli w Polsce przynajmniej pięcioletni, systematyczny monitoring odżywiania przeciętnego Polaka, co postulowałam wielokrotnie, mielibyśmy pewność, czego i w jakich ilościach nam brakuje. Jedyne takie badanie – Wieloośrodkowe Ogólnopolskie Badanie Stanu Zdrowia Ludności (WOBASZ) – zakończono w 2005 roku. Wtedy na reprezentatywnej grupie Polaków (ok. 7 tys.) dokonano rozpoznania czynników chorób cywilizacyjnych, sposobu żywienia, a tym samym określenia niedoborów żywieniowych. Ciągle odwołujemy się do tego kompleksu wiedzy, bo nie dysponujemy żadnym innym na tak dużą skalę. Na tej podstawie wiemy, że jemy za mało produktów zawierających kwasy omega-3, szczególnie małe jest spożycie ryb. Również wśród mężczyzn obserwuje się niedobory magnezu, selenu i innych składników, a wśród młodych kobiet np. żelaza.

Piśmiennictwo
  1. 1. Wybrane aspekty jakości produktów leczniczych i suplementów diety – produkty substandardowe, nielegalne i sfałszowane. Farm Pol 65,7,2009
  2. 2. Fijałek Z, Sarna K, Błażewicz A, Marin J. Sfałszowane inhibitory fosfodiesterazy typu 5 – narastające zagrożenie dla zdrowia publicznego. Roczn. PZH 2010; 61, Nr 3, 227-35
  3. 3. Krauze-Baranowska M. Panacea Nr 3 (48), lipiec-październik 2014
  4. 4. Banerjee SK, Maulik SK. Effect of garlic on cardiovascular disorders: a review. Nutrition Journal 2002,1(1); 4-32. Rahman K, Lowe G. Significance of garlic and its constituents in cancer and cardiovascular disease. J Nutrition 2006,136:736S-40S
  5. 5. IMS Institute for Healthcare Informatics (2011). The use of medicines in the United States: review of 2010; American Geriatrics Society updated Beers Criteria for potentially inappropriate medication use in older adults. J Am Geriatr Soc 2012; 60:616-31