MT: Gdzie są pieniądze, tam jest zazdrość.


A.D.:
Wszystkim wydaje się, że zarabiam krocie. A prawda jest taka, że na razie dopłacamy do funkcjonowania szpitala. Stale tracę pieniądze, ale mam nadzieję, że kiedyś ten szpital nabierze wartości. Koledzy mają też żal, że ich nie zaprosiłem do współpracy. Tylko każdy z nich uważa, że nie musi się pracy tu całkowicie poświęcić, zaangażować finansowo. Fakt, że daje nazwisko, powinien wystarczyć. A część z nich nie jest na tyle dobra, by mogła gwarantować jakość wykonywanych usług, być twarzą szpitala. Chirurdzy to dumna grupa zawodowa, przekonana o własnej wyjątkowości. Syndrom Boga jest tu wszechobecny.


MT: Pan jest inny?


A.D.:
Te cechy są mi obce. Wielu pacjentów kierowałem do moich kolegów, bo uważałem, że oni zoperują ich lepiej ode mnie. I wielu chirurgów to potwierdzi. Nie mam też syndromu Boga. Mam za to poczucie tymczasowości sukcesów, ale także tymczasowości życia. Sam poniosłem wiele porażek, nie wszystko udało mi się zrealizować, miałem nieprzyjaciół. Nie załamałem się. Zawsze szukałem innych dróg, nowych możliwości. Jestem facetem, który uważa, że ciężka praca i wytrwałość muszą przynieść sukcesy.