Dostęp Otwarty

Sam sobie sterem

Wywiad z prof. dr hab. med. Tomaszem Romerem

Wielka Interna

 W tomie „Endokrynologia” napisałem rozdziały dotyczące fizjologii dojrzewania płciowego, prawidłowego wzrastania oraz patologii wzrostu. Rozwój człowieka, czyli wzrost, dojrzewanie, przejście z okresu dzieciństwa do życia dorosłego, jest podstawowym warunkiem dalszego prawidłowego funkcjonowania. W Wielkiej Internie chciałem możliwie wszechstronnie opisać fizjologię i najczęstsze nieprawidłowości rozwoju, by uczulić lekarzy opiekujących się pacjentem dorosłym. Należy zwracać uwagę na te zaburzenia, które rozpoczęły się w dzieciństwie i rzutują na całe dorosłe życie. Rozwój i dojrzewanie stanowią wiedzę wielodyscyplinarną, która wymaga szerokiego spojrzenia na pacjenta. A im szybciej się dostrzeże odchylenia od fizjologii rozwoju, tym większa szansa, że się je skoryguje i interwencja będzie skuteczniejsza. Wiedza na temat fizjologii i prawidłowego rozwoju jest jednym z ważniejszych tematów w medycynie, a poznanie mechanizmów rozwoju jest kluczowe dla zrozumienia wszystkich procesów toczących się w organizmie człowieka.

 

O trudzie przetrwania i o tym, co w życiu najprzyjemniejsze, rozmawiamy z prof. dr. hab. med. Tomaszem Romerem, założycielem Polskiego Towarzystwa Endokrynologów Dziecięcych 

MT: Jak pan sam przyznaje, na pana życie i karierę ogromny wpływ wywarł socjalizm. 
PROF. TOMASZ ROMER: Cały mój rozwój, począwszy od studiów, przypadł na ten trudny okres. Jako dziecko, ale już rozumiejące wiele rzeczy, uważałem, że gdy się skończy wojna, życie będzie wspaniałe. Ale szybko się okazało, że w dalszym ciągu jest trudno i tylko wytężona praca i duży rozsądek mogą stanowić obronę przed narzuconym totalitarnym ustrojem. W pewnym sensie to była dobra szkoła patriotyzmu - na co dzień trzeba było rozpoznać dobro ojczyzny i fałsz dobrych intencji okupanta ubranego w przyjacielskie szaty. Urodziłem się we Lwowie, skąd moja rodzina, podobnie jak wiele innych, została wypędzona na Śląsk. To był bardzo ciekawy okres, kiedy my, jako całkowicie obce ciało, integrowaliśmy się z miejscową ludnością. Do dziś pozostały zawarte wtedy przyjaźnie. I tam gdzieś, w takich warunkach, przyszła decyzja o tym, żeby poświęcić się medycynie.

MT: Pana dziadek, Eugeniusz Romer, był znanym geografem. Nie chciał pan iść w jego ślady? 
T.R.: Z dziadkiem byłem bardzo mocno związany. W czasie wojny zastępował mi ojca, który zmobilizowany wyjechał z polskim wojskiem walczyć na innych frontach o Polskę. To były lata kluczowe dla mojego rozwoju i gdy ojciec wrócił do kraju, byłem już ukształtowanym chłopcem, a początki budowania relacji ojciec-syn nie były łatwe ani dla niego, ani dla mnie. Mój światopogląd został więc ukształtowany przez te dwie, jakże ważne w moim życiu, osoby. Chociaż dziadek był wychowawcą studentów, a ojciec realizował swój program życiowy jako inżynier, przekaz z jednej i z drugiej strony był taki sam: cokolwiek robisz, musisz robić dobrze i uczciwie. Gdy pewnego dnia powiedziałem, że będę lekarzem, zostało to przyjęte bez entuzjazmu, ale też bez zastrzeżeń. Nigdy nie żałowałem wyboru medycyny, choć muszę przyznać, że ta droga nie zawsze była usłana różami. 

MT: Jakie wspomnienia zachował pan z tamtych czasów? 
T.R.: Miałem bardzo trudny start, bo byłem synem inteligenta. Wtedy była to czarna plama na życiorysie. Byłem więc w każdym środowisku obywatelem kategorii B, co wpływało na wiele prozaicznych rzeczy, jak możliwość korzystania ze stołówki na studiach czy pokój w akademiku. Pamiętam jak ojciec mi kiedyś powiedział: „Nie możesz żadnego egzaminu zdać inaczej jak na najwyższą notę. To twoja jedyna szansa na przetrwanie”. 

MT: A jakie były początki po otrzymaniu stanowiska asystenta w zakładzie Patofizjologii SLAM? 
T.R.: Moim pierwszym szefem był prof. Bolesław Narbutt, były wojskowy, ukształtowany w twardej dyscyplinie. Zakład, nastawiony na medycynę doświadczalną, prowadził badania gruczołów wydzielania wewnętrznego na zwierzętach. Pamiętam jak pierwszego dnia profesor zaprowadził mnie do laboratorium. Pokazał klatki z 30 szczurami i kazał rozdzielić samice od samców. Nie znałem się na pracy ze zwierzętami, nie umiałem nawet wziąć szczura do ręki tak, by nie zostać pogryzionym. Po kilku godzinach pracy wróciłem do domu z poczuciem klęski. Następnego dnia profesor wezwał mnie do siebie z pytaniem, co zrobiłem. Gdy zacząłem nerwowo tłumaczyć, że nie miałem pewności, jak te szczury rozdzielić, profesor roześmiał się ironicznie, tłumacząc że w laboratorium były tylko samce. W ten sposób ćwiczył mnie przez następne lata. Pamiętam jak pewnego dnia kazał mi uruchomić analizator do oznaczenia elektrolitów. To było trudne i mało atrakcyjne zadanie. Gdy po kilku tygodniach zademonstrowałem mu działanie urządzenia, poprosił o przekazanie tej wiedzy dwóm kolegom, którzy mieli wykorzystać aparat do pracy naukowej. Jak się okazało, ja w tej pracy nie miałem uczestniczyć. To przelało czarę goryczy. Doszedłem do wniosku, że nie mogę dłużej w tych warunkach pracować. Oświadczenie w tej sprawie profesor uznał za afront. 

MT: Pana odejście okazało się jednak szczęśliwym wydarzeniem.
T.R.: Mój nowy szef, prof. Tadeusz Pawlikowski, kierownik jedynego w tamtym czasie zakładu endokrynologii w Polsce, był wspaniałym człowiekiem, który dał mi szansę rozwoju. Mogłem realizować się naukowo. Gdy przyszedł czas habilitacji, okazało się, że jednym z recenzentów zaproponowanych przez prof. Pawlikowskiego jest właśnie prof. Narbutt. Obawiałem się jego nieprzychylności, jak się okazało, całkiem niesłusznie. Napisał najdłuższą, znakomitą merytorycznie recenzję mojej pracy, a na kolokwium habilitacyjnym, choć wcześniej jako jedyny nie podał mi zakresu pytań, prowadził ze mną długą, wnikliwą dyskusję. Nie było w tym cienia złośliwości. I muszę przyznać, że właściwie jemu zawdzięczam, że Rada Wydziału zagłosowała jednogłośnie za moją habilitacją. Czasem tak jest, że młody człowiek nie potrafi ocenić albo źle ocenia swego mistrza.

MT: Potem przyszedł czas na zdobywanie doświadczeń zagranicznych. 
T.R.: W roku 1970 przyjmowałem dzieci i młodzież z zaburzeniami endokrynologicznymi i niedoborem wzrostu w Institute of Child Health Uniwersytetu Londyńskiego pod kierunkiem prof. J. M. Tannera oraz prof. S. Raiti w Queen Elisabeth Hospital, a także w szpitalu Great Ormond Street pod kierunkiem konsultanta dr. Davida Granta. Gdy wyjeżdżałem, miałem już doświadczenia w leczeniu hormonem wzrostu. Pierwszy raz podałem go dziecku w roku 1964. Wtedy nie wiedziałem, że jestem drugim lekarzem w Europie, który zastosował to leczenie (wprowadził je prof. Raben w 1958 r. w Stanach Zjednoczonych). Na stażach zagranicznych wiele się nauczyłem. Cenię sobie także lata, które spędziłem w Bengasi, w Libii, organizując poradnię i oddział endokrynologiczny. Spotykałem się z lekarzami egipskimi, pakistańskimi i hinduskimi. „Khamsa” - to jedno z pierwszych słów, które poznałem. Oznacza „pięć”, czyli liczbę pacjentów, która jednocześnie była proszona do gabinetu lekarskiego. Na każdego z nich lekarz miał zaledwie kilkadziesiąt sekund. Znów ktoś krzyczał „Khamsa” i wchodziło kolejnych pięciu. To było nieuniknione, bo lekarz w Libii przyjmował w tamtym czasie do 300 pacjentów dziennie. Tak rzeczywiście było, a czas, który spędziłem za granicą, był bardzo ważny dla doskonalenia zawodu. Po powrocie z Zachodu mogłem wprowadzić w Polsce szereg terapii, których jeszcze u nas nie stosowano. W 1987 roku zastosowałem u chorych z niedoczynnością przysadki w zakresie hormonu wzrostu i gonadotropin leczenie metodą pulsacyjnego podawania neurohormonu GnRH. Rok później wprowadziłem w Polsce prenatalne leczenie wrodzonego przerostu nadnerczy. Dzięki licznym kontaktom zdobytym za granicą zaproponowałem klinice endokrynologii dziecięcej Uniwersytetu North Carolina leczenie preparatem IGF-I mojego pacjenta, u którego rozpoznałem zespół niewrażliwości na hormon wzrostu z głębokim niedoborem wzrostu. Brałem udział w tym pierwszym na świecie leczeniu. W 2000 roku wprowadziłem w Polsce leczenie hormonem wzrostu u pacjentek z zespołem Turnera. 

MT: W swojej karierze miał pan też epizody pozamedyczne. W 1963 roku ukończył pan Studium Filmu Naukowego i Dydaktycznego PWSTiF w Łodzi. 
T.R.: Miałem bardzo ciekawe życie. Kiedyś spotkałem człowieka, który był prezesem amatorskiego klubu filmowego. Zachęcił mnie, żebym przyszedł na ich zebranie. Okazało się, że wiele osób robi amatorskie filmy. Ponieważ wtedy uprawiałem żeglarstwo, moi kapitanowie chętnie godzili się na dokumentowanie rejsów. W tym czasie ogłoszono przyjęcia na dwusemestralne studium filmu dydaktycznego i naukowego w łódzkiej filmówce. Było nas 15. To była dla mnie niezwykle ciężka praca. Naukę zaczynaliśmy o 20.00, a kończyliśmy po północy. I tak codziennie. Po pół roku nakręciłem film semestralny - instruktaż badania tarczycy. A na egzaminie dyplomowym zaprezentowałem film pt. „Lekomania”, w którym też zagrałem. Ale najwspanialszą rzeczą, którą robiłem, poza medycyną, było jednak żeglarstwo. Myślę, że pewien wpływ na to miał mój dziadek, a bezpośrednio zachęcił mnie mój przyjaciel jeszcze ze szkolnych lat, z którym studiowałem medycynę. Wprowadził mnie do klubu żeglarskiego. Zdobywałem kolejne stopnie, zdawałem egzaminy: sternika, sternika morskiego, kapitana żeglugi bałtyckiej, aż w końcu kapitana żeglugi wielkiej. Samodzielnie prowadziłem rejsy. Miałem swój dziewiczy rejs kapitański starym szlakiem kaprów polskich z Gdańska do Świnoujścia. Bałtyk, wbrew pozorom, jest trudnym morzem, i wymaga od załogi naprawdę dużych umiejętności. Wtedy jeszcze nie przeczuwałem, że prawdziwe wyzwanie dopiero przede mną. Od mojego przyjaciela otrzymałem nieprawdopodobną propozycję, żeby płynąć z wyprawą organizowaną przez Polskie Towarzystwo Geograficzne jachtem dookoła Ameryki Południowej przez Atlantyk pod komendą wielkiego żeglarza Bolka Kowalskiego. Było dla mnie zaszczytem być jego zastępcą. Do dziś chętnie żegluję. W ubiegłym roku z moimi przyjaciółmi byłem na Mazurach, a średnia naszego wieku wynosiła 78 lat. Rejs prowadził mój przyjaciel, który 60 lat wcześniej namówił mnie do żeglarstwa. Daliśmy radę. To wszystko daje mi ogromną radość. Zresztą zawsze uważałem, że życie powinno być przyjemne. Ale medycyna jest moim priorytetem. 

MT: Kolejnym ważnym momentem w pana karierze był telefon od prof. Marii Goncerzewicz. 
T.R.: Zapytała, czy kiedykolwiek słyszałem o CZD. Powiedziałem: Oczywiście, że tak. Wszyscy pilnie śledziliśmy budowę Centrum. Wtedy profesor poinformowała mnie, że będę kierował kliniką endokrynologii. Decyzję podjąłem w ciągu ułamka sekundy. Tak rozpoczął się mój nowy etap życia w Warszawie i trwa nadal. Dziś jestem najbardziej dumny z tego, że mając 79 lat jestem nadal przydatny, przyjmuję pacjentów i wykładam dla lekarzy na kursach doskonalących. Ale prawdziwe dokonanie to moja rodzina: żona, dzieci i wnuki. Kariera zawodowa nie byłaby udana, gdyby nie oparcie w rodzinie. Bez nich nie zniósłbym przeciwności losu. 
 

Rozmawiała Olga Tymanowska