M.N.:
To prawda. Sam boleśnie się o tym przekonałem podczas niedawnego zjazdu klasowego. Wszystko było świetnie i wspominaliśmy sobie kartkówki z matematyki, aż w pewnym momencie rozmowa zeszła na szczepienia. Kilka osób odkryło, że podziela radykalnie antyszczepionkowy pogląd. Zaczęły sondować nawzajem swoje postawy, zagłębiając się coraz bardziej w spiskową wizję medycyny. Skończyło się na opowieściach o tym, że przed wynalezieniem kremów z filtrem nie było nowotworów skóry, a zanim pojawiły się pasty do zębów, nikomu nie psuły się zęby itd. Reszta grupy została natychmiast odgrodzona niewidzialnym murem.

Ci ludzie wymieniają się poglądami i doświadczeniami na podobnej zasadzie, jak robią to np. fani książek o Harrym Potterze. Dzięki temu czują się zjednoczeni, ale też ważni i potrzebni. Tutaj znowu wracamy do wynalazku, jakim jest internet, który umożliwił im kontakt i budowanie wspólnoty.


MT: Skomercjalizowanie medycyny, w które wierzą ci ludzie, jest przecież faktem. Podobnie jak długie kolejki do specjalistów. To dodatkowy motyw pchający niezadowolonych pacjentów w ręce uzdrowicieli.


M.N.:
Zgadzam się, że uwikłanie medycyny w interesy ekonomiczne podważa jej wiarygodność. Być może rozwiązaniem byłoby oczyszczenie sfery zdrowia z reklamy, metkowanych i markowych dóbr. Nieprzypadkowo wolne są od nich miejsca pełniące funkcję swego rodzaju sanktuariów, np. kościół, cmentarz czy Sejm. Dlaczego wszystkie leki w aptece nie mogłyby być sprzedawane w identycznych opakowaniach, a jedynie z nazwą marki? Logikę działania sklepu doskonale rozumiemy: polega na tym, że ktoś chce na nas zarobić. Ale szpital to nie sklep. To, że czasem tej czytelnej granicy brakuje, podważa zaufanie do lekarzy i napędza pseudomedycynę.

Oczywiście medycyna też jest zawodem i nie sposób uprawiać jej w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Ale tu także potrzebna jest czytelna komunikacja. Dzisiaj składka na ochronę zdrowia wynosi w Polsce kilkaset złotych miesięcznie. Oczekujemy, że za tę sumę powinniśmy mieć dostęp do wszystkich procedur. Tymczasem gdyby Amerykanie się dowiedzieli, że za tak niewielką kwotę mogą dostać tak wiele, nie dalibyśmy sobie rady z napływem imigracji zza oceanu. Kiedy mieszkałem w USA, w naszej parafii zbierano datki na sprowadzenie do pobliskiego stanu Wirginia Zachodnia ruchomego szpitala, jakie działają w państwach ogarniętych wojnami lub podczas klęski żywiołowej. Z powodu wysokiej wyceny procedur medycznych dostęp do ochrony zdrowia jest dla wielu ubogich mieszkańców USA praktycznie niemożliwy. Nie zdajemy sobie sprawy, że w gruncie rzeczy system gospodarowania zasobami jest w naszym kraju dużo bardziej demokratyczny. Przeciwnie – mamy wrażenie, że wszyscy płacimy mnóstwo pieniędzy, a zdrowie jest tylko dla bogaczy.


MT: Czy skutkiem tego jest większa popularność pseudomedycyny za oceanem?


M.N.:
Nie znam badań na ten temat. Wiadomo natomiast, że istnieje korelacja między korzystaniem z pseudomedycyny a wykształceniem i kapitałem. Co ciekawe, częściej sięgają po nią właśnie bogaci biali Amerykanie z dużych miast.


MT: Polskie badania potwierdzają, że osoby z wyższym wykształceniem i z większych aglomeracji rzadziej szczepią swoje dzieci. Z czego to wynika?


M.N.:
Można to tłumaczyć mechanizmem psychologicznym polegającym na tym, że osoby o niskim kapitale społecznym i ekonomicznym częściej mają tendencje do wybierania tzw. opcji domyślnej. Jeśli więc zakładamy, że wszyscy mają się szczepić, oni nie będą tego podważali. To m.in. za badania nad takimi mechanizmami otrzymał nagrodę tegoroczny noblista Richard Thaler.


MT: Jak walczyć z pseudomedycyną? Etyk, prof. Zbigniew Szawarski mówi krótko: „Ludzie nauki nie powinni tolerować głupoty”. Podziela pan tę opinię?


M.N.:
To jest bardzo dobry sposób, ale też duże wyzwanie, np. dla mediów. Dziennikarze łatwo ulegają pokusie tworzenia fałszywej symetrii. Czasami na siłę próbują spojrzeć na każdą sprawę z dwóch stron, a widz lub czytelnik sam musi zdecydować, kto ma rację. Tymczasem nie można tworzyć symetrii tam, gdzie jej nie ma. Rolą mediów, ale też różnych innych instytucji, jest budowanie czytelnej ramy, nienarzucającej poglądów i rozwiązań, lecz jasno pokazującej, kto jakimi kompetencjami dysponuje. Książka pseudomedyczna na wystawie w księgarni naukowej jest skandalem, na który trzeba natychmiast reagować. Podobnie jak pseudomedyczny wykład na uniwersytecie. Takie inicjatywy należy ukrócić, bo wprowadzają w błąd – legitymizują jako naukowe poglądy, które są oparte na wyobraźni, dobrych chęciach albo żądzy zysku. Choć trzeba to robić bardzo ostrożnie, bo akty rzekomej cenzury mogą się stać dodatkowym paliwem dla pseudomedycyny. Ale dzisiaj najważniejszym miejscem walki z nią wcale nie są media ani laboratoria, lecz szkoła.

Zadanie szkoły powinno polegać na pokazywaniu, jak zbudowany jest współczesny gmach wiedzy i że nie ma w nim niekwestionowanych faktów albo jest ich bardzo mało. Ale żeby kwestionować ustalenia nauki, potrzeba lat studiów, eksperymentów, cierpliwości, a nie bezczelności. Szkoła tego nie uczy. Jestem przerażony, kiedy na pierwszych zajęciach spotykam świeżo upieczonych studentów i ci dorośli ludzie kompletnie nie potrafią odróżnić, które źródła informacji w internecie są wiarygodne. Szkoła, przez system lekcji i podręczników, uczy czegoś przeciwnego. Wszystko, co zostało napisane czarną czcionką na białym papierze, jest prawdą i nie należy z tym polemizować. Tymczasem dzisiaj nauka powinna się opierać na tym, jak zdobywać wiedzę i w jaki sposób ją weryfikować. Gdybym miał wymienić jedyną rzecz, którą może zrobić szkoła, by uodpornić ludzi na pseudonaukę, byłoby to wprowadzenie pseudonauki do programu nauczania. Na historii uczniowie studiowaliby teksty negacjonistów holokaustowych, a na fizyce rozwiązywali zadania oparte na twierdzeniach zwolenników płaskiej Ziemi. Tylko w ten sposób młodzi ludzie nauczą się, jak odróżniać prawdę od bzdur. Potrzebni są nam uczniowie dociekliwi, ale rozumiejący mechanizmy nauki. I tacy sami pacjenci.

Do góry