Dostęp Otwarty

Na ważny temat

Nienawiść nie zna podziału na chorych i zdrowych

O tym, jak po zabójstwie prezydenta Adamowicza stygmatyzacji doświadczyli chorzy psychicznie z prof. dr. hab. med. Aleksandrem Araszkiewiczem, kierownikiem Kliniki Psychiatrii w Szpitalu Uniwersyteckim w Bydgoszczy, rozmawia Monika Stelmach

Small 04 x opt

Prof. dr hab. med. Aleksander Araszkiewicz

MT: Politycy i opinia publiczna prześcigają się w diagnozowaniu Stanisława W. Minister MSWiA Jarosław Zieliński poinformował, że zabójca prezydenta Adamowicza „ma problemy psychiczne” oraz „jest szaleńcem”. Inni politycy stawiają rozpoznanie, że jednak „schizofrenikiem”.


Prof. Aleksander Araszkiewicz:
Nie używamy słowa „schizofrenik”, jeśli już to „osoba chorująca na schizofrenię”. Już samo to określenie jest stygmatyzujące, na co zarówno studentom, jak i podczas wykładów dla lekarzy, bardzo wyraźnie zwracam uwagę.

Co więcej, premier, chociaż nie jest biegłym psychiatrą, w jednej z wypowiedzi pozwolił sobie na postawienie diagnozy psychiatrycznej, mówiąc, że ów mężczyzna jest „osobą niepoczytalną”. Otóż art. 31 Kodeksu karnego stanowi, że nie popełnia przestępstwa, kto z powodu choroby psychicznej, niedorozwoju umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, w chwili popełniania czynu nie był w stanie rozpoznać jego znaczenia albo pokierować swoim postępowaniem. Wtedy sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary. Jeśli Stanisław W. jest niepoczytalny, to nie ma przestępstwa. Używanie określeń, że to szaleniec, wariat, niepoczytalny zdejmuje z niego odpowiedzialność za popełniony czyn, z drugiej strony odwraca uwagę od politycznych motywów.


MT: Z licznych wypowiedzi nie wynika, że taka narracja ma na celu obronę Stanisława W. i uznanie go za niepoczytalnego, ale raczej konieczność izolacji.


A.A.:
Sytuacja ograniczonej poczytalności jest fakultatywna, a nie obligatoryjna. Sąd na tej podstawie może, ale nie musi, zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary. Taki kazus miał miejsce, kiedy kilka lat temu strażnik więzienny zastrzelił na placu zakładu karnego dwóch policjantów. Wtedy biegli psychiatrzy stwierdzili ograniczoną poczytalność, ale sędzia nie skorzystał z tej możliwości i zabójca był sądzony jako osoba, która mogła rozpoznać znaczenie swoich czynów. Sędzia ogłaszając wyrok argumentował, że „tacy ludzie muszą być wydaleni ze społeczeństwa”. Wzburzyła mnie ta generalizacja, ponieważ wypowiedzi typu „takich ludzi należy izolować” stygmatyzują wszystkich chorych psychicznie. Pamiętajmy, że tylko niewielki promil wśród przestępców to osoby ze zdiagnozowanymi chorobami psychicznymi. Napisałem wtedy list do ministra sprawiedliwości, na co Andrzej Czuma odpisał, że zostanie on przekazany jako element szkolenia sędziów.


MT: „Agresja, nienawiść czy chęć odwetu nie znają podziału na chorych i zdrowych i są znane wielu osobom. Występujemy przeciwko próbom utożsamiania przemocy i zbrodni z zaburzeniami psychicznymi” – czytamy w oświadczeniu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.


A.A.:
Nie ma zgody środowiska lekarzy psychiatrów na stawianie znaku równości między przestępcami a osobami chorującymi psychicznie. Pamiętajmy: nawet najbardziej zuchwały czyn przestępczy nie przesądza z automatu, że ktoś jest chory czy niepoczytalny. O tym, jak bardzo jest to sytuacja nieoczywista, świadczy diagnoza masowego mordercy Andersa Breivika czy seryjnego zabójcy Mariusza Trynkiewicza. Obaj zostali uznani za osoby poczytalne, u żadnego z nich nie stwierdzono też choroby psychicznej. Można przypuszczać, że np. Breivik to człowiek z narcystycznymi zaburzeniami osobowości, z ogromną potrzebą zaistnienia i bycia docenionym, ale w pełni świadomy swoich czynów.


MT: Co w takim razie doprowadziło do tego morderstwa?


A.A.:
Na tym etapie nie wiemy. Żeby wypowiadać się o stanie psychicznym człowieka, potrzebne są specjalistyczne badania. Myślę, co podkreśla wielu specjalistów, że dziś możemy jedynie stwierdzić, że w przypadku Stanisława W. zabrakło odpowiedniej resocjalizacji i psychoterapii. Ekspert od terroryzmu stwierdził, że będąc w zakładzie karnym zradykalizował swoje poglądy. Na tym etapie zabrakło pomocy psychologicznej. Nabierał przekonania, że jest niewinnie osadzony, a następnie znalazł obiekt swojej frustracji w postaci określonej partii politycznej i jej przedstawiciela w osobie prezydenta Adamowicza. Natomiast nie ma on postawionej żadnej diagnozy psychiatrycznej.


MT: Pojawiły się postulaty, że w więzieniach powinno być więcej konsultantów z dziedziny psychiatrii oraz psychologów i psychoterapeutów.


A.A.:
Popieram ten postulat, ponieważ wymiar sprawiedliwości często nie radzi sobie z osobami, które rzeczywiście są chore psychicznie. Ciekawi mnie jednak, skąd wezmą psychiatrów w sytuacji tak dużych niedoborów kadrowych. Nic też nie wskazuje na to, że w najbliższej perspektywie przybędzie nam specjalistów. Podczas protestu rezydentów jeden z czołowych przedstawicieli tej akcji pytany, jaką specjalizację wybierze, przyznał, że rozmyślał nad psychiatrią, ale znając stan polskich szpitali psychiatrycznych, jednak zdecydował się na chirurgię. Te słowa są symptomatyczne. Adepci medycyny widzą, że warunki, w których przyjdzie im pracować, są dramatyczne i nie mają motywacji, żeby kształcić się w kierunku psychiatrii.


MT: Wymiar sprawiedliwości nie radzi sobie z osobami chorymi psychicznie?


A.A.:
Posłużę się przykładem. Stowarzyszenie Przeciwdziałania Wykluczeniu Społecznemu Osób z Zaburzeniami Psychicznymi „Most”, które założyłem kilkanaście lat temu, objęło wsparciem jednego z pacjentów chorujących na schizofrenię. Stosował się do zaleceń lekarza, terapia przynosiła dobre rezultaty. Mężczyzna z wyższym wykształceniem, w doskonałej formie był w programie pomagającym wejść na otwarty rynek pracy. Po kilku miesiącach od zatrudnienia przyszła jego matka, ponieważ został postrzelony przez policjanta, a następnie aresztowany. Okazało się, że odstawił leki, pojawiły się urojenia, że ktoś włamuje mu się do mieszkania, zadzwonił na policję, a kiedy funkcjonariusze weszli do mieszkania, miał w ręku pistolet gazowy. Człowiek ten został umieszczony w areszcie, bez możliwości właściwego leczenia. Biegli stwierdzili, że w jego przypadku przebywanie na wolności nie stwarza zagrożenia dla porządku prawnego, pod warunkiem odpowiedniego leczenia. Wyrokiem sądu został wypuszczony z aresztu, żeby mógł kontynuować terapię. Prokuratora zaskarżyła decyzję sądu i ponownie został aresztowany. Dopiero sąd apelacyjny zadecydował, że zwalnia go z odbywania kary jako osobę niepoczytalną, ale wyznacza mu kuratora oraz nakłada obowiązek comiesięcznych wizyt u psychiatry. Taki powinien być wzór postępowania z osobami chorymi psychicznie. Ale dlaczego tak wiele miesięcy spędził za kratami, zamiast się leczyć? Nie mamy wypracowanych mechanizmów, jak traktować osoby chore psychicznie w systemie prawnym. Podstawą powinno być zapewnienie im dostępu do odpowiedniego leczenia.


MT: Nie mamy wypracowanych mechanizmów postępowania z osobami chorymi psychicznie nie tylko w systemie prawnym, ale też w ochronie zdrowia. Zdarza się, że lekarze rodzinni, ratownicy medyczni i inni specjaliści nie wiedzą, jak postępować z pacjentem z zaburzeniami.


A.A.:
Powinien otrzymać pomoc, jak każdy inny pacjent. Ale zdarza się, że chorego psychicznie i z zaburzeniami kardiologicznymi ratownicy najpierw wiozą na psychiatrię, żeby lekarz zadecydował o jego stanie. A czas mija. Przed kilku laty moim pacjentem był mężczyzna z zaburzeniami otępiennymi i elementami zaburzeń urojeniowych. Na jedną z wizyt przyszedł do mnie z żoną, ponieważ czuł się bezradny. Okazało się, że lekarz rodzinny nie chciał go wysłuchać, skierował do psychiatry, chociaż pacjent miał silne bóle brzucha. Natychmiast przekierowałem go na chirurgię, ale było już za późno; umarł na rozlane zapalenie otrzewnej. Nie udzielono mu natychmiastowej pomocy tylko dlatego, że w swojej historii miał leczenie psychiatryczne. Osoby chore psychicznie żyją co najmniej 10 lat krócej, również z powodu stygmatyzacji w systemie ochronie zdrowia.


MT: Gdzie leży przyczyna?


A.A.:
Przyczyna jest złożona. Z pewnością niedomaga system edukacji. Niewiele jest zajęć z psychiatrii na studiach lekarskich. Dopiero osiem lat temu pojawiła się nadzieja na poprawę tego stanu rzeczy, ponieważ wprowadzono obowiązkowy staż na oddziale psychiatrycznym w ramach uzyskiwania prawa do wykonywania zawodu. Po reformie szkolnictwa wyższego wracamy do punktu wyjścia, znowu psychiatrii będzie niewiele. Jednocześnie rośnie liczba pacjentów z zaburzeniami psychicznymi. Między 18. a 65. r.ż. cierpi na nie 27 proc. mieszkańców UE, w Polsce dane są podobne. Lekarz każdej specjalności wielokrotnie w swojej praktyce zawodowej ma do czynienia z tego rodzaju problemami zdrowotnymi pacjentów. I nie nie chodzi o to, że ma postawić szczegółową diagnozę, ale wstępnie ocenić sytuację i wyznaczyć kierunek leczenia.

W Wielkiej Brytanii lekarz rodzinny jest wyposażony w wiedzę i uprawnienia do leczenia niektórych chorób, np. depresji. W Polsce lekarze POZ boją się podejmować jakiekolwiek decyzje, bo mają małą wiedzę, nie potrafią postawić wstępnego rozpoznania. W krytycznych sytuacjach co najwyżej przypisują benzodiazepiny na uspokojenie, silnie uzależniające. A przecież pacjent z obniżonym nastrojem nie musiałby w ogóle iść do psychiatry, miesiącami czekać w kolejce na wizytę, tylko mógłby otrzymać nowoczesne leki, dostosowane do jego stanu, na etapie lekarza rodzinnego.

W Polsce psychiatria nie cieszy się estymą nie tylko społeczną, ale też i w środowisku lekarskim. A przecież dziś dysponujemy tymi samymi metodami leczenia co inne specjalizacje, mamy do dyspozycji nowoczesne leki i coraz lepsze narzędzia diagnostyczne.