Dostęp Otwarty

Być lekarzem

Esemesowicz

Dr med. Włodzimierz Zakrzewski

lekarz praktyk, pisarz, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (opublikował m.in. zbiory opowiadań: „Kapelusz”, „Słuchanie”; w przygotowaniu zbiór „(Nie)rozumienie”

Dział koordynowany przez prof. dr. hab. med. Tomasza Pasierskiego

Pierwszy SMS był krótki. Lakonicznie informował mnie:

– Jestem w szpitalu.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przyszedł następny:

– Zrozum mnie, bałem się…

Pierwsze zaskoczenie minęło. W szpitalu jest bezpieczny, to najważniejsze.

Co mogłem zrobić? Skoro przysyła mi taką wiadomość, to czegoś oczekuje.

– Jestem z tobą!

Tylko tyle przyszło mi do głowy. Chyba czekał na to, bo zaraz odpowiedział, choć równie krótko jak za pierwszym razem: – Dzięki!

Wróciłem pamięcią do ostatnich dni. Było zwyczajnie albo – używając języka medycznego – funkcjonował normalnie. No, może nastrój miał nieco obniżony, ale nic poza tym. Wprawdzie pisał trochę bardziej refleksyjnie. W jego wierszach pojawiał się temat śmierci, ale zapewniał, że to nic nie znaczy.

Poeci mają tę wspaniałą cechę, że potrafią przeżywać głębiej, widzieć szerzej, niekiedy nawet odkrywczo i proroczo. Zatem skąd to ostatnie pęknięcie, co się wydarzyło?

Tyle razy się zażegnywał:

– Ja? Do szpitala? Nigdy! Tam przecież nie ma życia. Faszerują człowieka jakimiś psychotropami, jakby był zwierzątkiem laboratoryjnym albo cudakiem bezwolnym. Nie akceptował tej oczywistej prawdy, że szpital to nie więzienie, że nawet jeśli jest miejscem izolacji, to przecież nie za karę!

Napisał, że się boi, więc uciekł… Tylko przed czy do?

Na odległość tego nie rozstrzygnę, ale jest bezpieczny, to najważniejsze!

Po paru dniach w którymś z kolejnych SMS-ów twierdził, że jego jedyną rozrywką jest spacer szpitalnym korytarzem, długim jak smutek. Już nie prosił, bym weryfikował, czy to, co dzieje się w jego umyśle, to wytwór wyobraźni, odprysk rzeczywistości, z którą nigdy nie stracił kontaktu, czy może marzenie senne, tak intensywnie przeżywane, że aż wydaje się rzeczywistością. To była smutna refleksja wyrażana lapidarnie i uderzająca swą prostotą.

Przerażała mnie jego samotność. Samotność człowieka otoczonego nierozumieniem ludzi, przecież życzliwie do niego nastawionych i, nie mam wątpliwości, że chcących mu pomóc.

Po której jestem stronie? Przerażała mnie moja bezradność i choć powtarzałem sobie: jestem z tobą, to nie zwyczajowe wyrażenie: jestem z tobą, to znaczy, że naprawdę jestem!

Czekanie. Jak to niewinnie brzmi, ale jednocześnie ile pytań zawiera. To jakby jeden klucz do wielu ścieżek: do zdrowienia, bo w końcu leki zaczną działać, ale też do małych radości, jak choćby z odwiedzin ludzi z zewnątrz. Przychodząc ze świeżymi kwiatami, zapachem innego świata, przynoszą słowa, których znaczenie nie musi być dla niego zrozumiałe, ale dla nich to nie jest ważne. Przyszli. Dla niego czy dla siebie?

Którejś nocy napisał mi, że nie śpi, że przeszkadzają mu hałasy innych. Od razu dodał: prawdziwe hałasy, potwierdzone przez personel.

To nie była skarga ani jakiś wyrzut.