Dostęp Otwarty

Pożegnanie

Uczył nas odpowiedzialności

Wspomnienie o profesorze Marku P. Nowackim 

Prof. dr hab. med. Krzysztof Bujko, Instytut Onkologii w Warszawie
Poznałem profesora na początku mojej pracy w Instytucie Onkologii, czyli w 1971 roku. Instytut mieścił się wtedy przy ul. Wawelskiej. Profesor Nowacki, chirurg, był już wtedy docentem, ja dopiero zaczynałem jako radioterapeuta.

Pod względem fachowości jak na owe czasy był lekarzem o wyjątkowych kompetencjach i przenikliwości w rozwiązywaniu problemów diagnostycznych. Zawdzięczał to swojej ogromnej determinacji, pasji i pracowitości, za sprawą których wyjeżdżał na szkolenia do USA, gdzie zdobywał najnowszą wiedzę od tamtejszych sław medycznych. Dzięki temu stał się dla nas mistrzem i wspaniałym nauczycielem onkologii. Gdy w 1976 roku Instytut został przeniesiony na Ursynów, blisko współpracowaliśmy, wspólnie lecząc chorych na raka.

Interesował się każdym chorym. Jeśli problem był poważny, osobiście wszystkiego pilnował, uczestniczył w zmianie opatrunków itp.

Zarówno ja, jak i pracownicy wspominamy go jako osobę pełną empatii dla chorych i niezwykle przyjacielską dla współpracowników. Kiedy został dyrektorem Instytutu, nie zmienił się pod tym względem. Był nie tylko wspaniałym szefem, ale przede wszystkim nadal doskonałym lekarzem. Gdy w 1995 roku utworzono Klinikę Nowotworów Jelita Grubego, której został kierownikiem, właśnie dzięki niemu reprezentowała ona najwyższy poziom w Polsce.

Był autorytetem nie tylko dla chirurgów, ale także radioterapeutów. Dla tej dziedziny jako dyrektor Instytutu zrobił bardzo wiele. Dzięki osobistemu zaangażowaniu w zakup sprzętu doprowadził do tego, że mieliśmy aparaturę najwyższej jakości dostępnej wówczas na rynku. Miało to ogromne znaczenie dla chorych. Wcześniej czekali na napromienianie po wiele tygodni, tracąc w kolejkach szanse na wyleczenie. Profesor jako dyrektor Instytutu doprowadził do sytuacji, że kolejki zniknęły.

Chętnie dzielił się wiedzą. Mieliśmy poczucie, że dzięki temu leczymy chorych na takim poziomie, jak robią to bogate zachodnie kraje. Pomagał nam także w działalności naukowej, mówił jak pisać prace naukowe, aby powiększać swój dorobek. Co ważne, interesował się, w jakich warunkach pracują lekarze, starał się, by mogli wykonywać zawód jak najlepiej potrafią. W czasie, gdy był dyrektorem, jakość leczenia bardzo się poprawiła.

Jednak przede wszystkim pamiętamy go jako bardzo dobrego człowieka i przyjaciela. W kontakcie starał się skracać dystans, okazywał współpracownikom uwagę i empatię. Podobnie było zresztą w pracy podczas codziennych spotkań, kiedy omawialiśmy sytuację chorych. Zawsze był rzeczowy, praktyczny, a jednocześnie stwarzał atmosferę przyjacielską, pełną życzliwości, bez niepotrzebnych napięć.

Nie zamykał się w świecie nauki, cieszył się życiem. Lubił grać w tenisa. Jego wielką pasją była fotografia artystyczna, był członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików. Był osobą wysokiej klasy i kultury, mówił piękną, poprawną polszczyzną. Był pod każdym względem człowiekiem wybijającym się, także na tle innych profesorów.


Dr hab. n. med. Andrzej Rutkowski, Instytut Onkologii w Warszawie

Historia mojej znajomości z profesorem Nowackim sięga okresu, kiedy jeszcze przed studiami zatrudniłem się jako salowy w Instytucie Onkologii. Poznałem – wtedy jeszcze docenta – Marka Nowackiego, który był człowiekiem wielkiej kultury, odnoszącym się do ludzi z szacunkiem niezależnie od tego, czy był to profesor, lekarz, czy zwykły salowy.

Gdy już 1992 roku jako lekarz bezpośrednio po studiach, jeszcze bez specjalizacji, trafiłem do Instytutu Onkologii po raz drugi, znalazłem się od razu w zespole, który stanowił zaczątek późniejszej Kliniki Nowotworów Jelita Grubego. Profesor umożliwił mi zrobienie specjalizacji pod swoim kierunkiem. W listopadzie 1995 roku, po skończeniu I stopnia specjalizacji, pod jego kierunkiem uczyłem się też zawodu. Profesor uczył w specyficzny sposób. Nie wygłaszał wykładów, ale pozwalał obserwować pracę bardziej doświadczonych kolegów i w ten sposób zdobywać w praktyce najpełniejszą wiedzę. Każdy miał prawo do przedstawienia własnego zdania na temat leczenia i wysłuchania, nawet jeśli profesor z tym zdaniem się nie zgadzał. Tak zmuszał nas do myślenia. Nigdy nie ograniczał nam możliwości operowania i rozwoju. Pamiętam, że w bardzo młodym wieku wykonywałem pod jego nadzorem rozległe operacje. Nie sądzę, abym w innym szpitalu miał taką możliwość.

Jednak chirurgia to nie tylko manualne umiejętności, ale również przygotowanie pacjenta do operacji, dalsze jego prowadzenie, radzenie sobie z powikłaniami śród- i pooperacyjnymi. Wszystko to mogliśmy podglądać i tego się uczyć.

Uczył nas filozofii leczenia onkologicznego. Mówił często, że chirurg leczy objawy, że nawet wielkie i skomplikowane operacje to za mało, aby wyleczyć z nowotworu. Pokazywał, że nasz błąd i niedociągnięcia determinują losy chorego. Uczył, w jaki sposób wyważyć leczenie w sposób optymalny dla chorego i zgodny z jego oczekiwaniami. Dążył do indywidualizacji leczenia – mówił o sprawach, o których nie przeczytalibyśmy w żadnej książce. Widział nie tylko chorobę organizmu, ale samego chorego.

Uczył nas samodzielności i odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Przez wiele lat pełnił funkcję dyrektora Instytutu, starając się przeprowadzić placówkę przez burzliwy czas reformy zdrowia. Starał się, aby oszczędności nie odbywały się w najprostszy sposób, czyli kosztem pracowników. Czuliśmy, że nas szanuje i dba nie tylko o lekarzy, ale o cały personel.

W czasie, kiedy łączył funkcje kierownika kliniki i dyrektora Instytutu, byliśmy już dobrze wyszkoleni. Bez cienia zaborczości powierzył nam wszelkie operacje, samemu nieco się wycofując.

Jego wielką i ponadczasową zasługą było zaangażowanie w powstanie i uchwalenie ustawy Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych.

Niektóre jego powiedzenia zapamiętam do końca życia. Mówił, że największy tytuł, jaki mamy, to tytuł lekarza medycyny, bo to on uprawnia nas do leczenia chorych. Cała reszta to tylko dodatki. Nigdy nie zauważyłem, aby obrażał się lub poprawiał kogoś, kto by pominął jego tytuły.

Czy był przyjacielem? Nie spotykaliśmy się zbyt często na gruncie czysto prywatnym. Ale jeśli przyjaźń to możliwość liczenia na kogoś, kto nigdy nie zawiedzie, to profesor Nowacki z pewnością nim był.