Dostęp Otwarty

Prawo

Jak psychiatra ma ocenić wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu zabronionego?

Żaneta Semprich-Forowicz

Pytanie zasadne, bo nie istnieją uniwersalne kryteria takiej oceny, a poza tym zasady wykonywania zawodu zaufania publicznego w ogóle wykluczają wydawanie takich opinii

Odkąd za szczelnym murem Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie siedzi Mariusz Trynkiewicz, osłabł nieco chór dezaprobaty dla postanowień zawartych w Ustawie z 22 listopada 2013 roku o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób. Nie należy się temu dziwić, ludzie mają na ogół krótką pamięć do takich spraw. Opinia publiczna zmienną jest, łatwo niejedną już ważną sprawę traciła z pola widzenia. Jednak warto podkreślić: ta ustawa działa, Mariusz Trynkiewicz siedzi, a po półrocznym pobycie w ośrodku musi stanąć przed kolejnym lekarzem psychiatrą. Musi, bo tak to ustawodawca ujął w przepisach. Uznał, że nie ma nic do rzeczy fakt, iż Mariusz Trynkiewicz nie jest chory psychicznie. Nigdy zresztą nie był.

Wspomniany lekarz wydaje zatem opinię, czy niezbędny jest dalszy pobyt Trynkiewicza w Ośrodku ZZD, czyli czy nadal zagraża on otoczeniu. A ściślej: czy zachodzi co najmniej „wysokie prawdopodobieństwo popełnienia przez niego przestępstwa”.

Dwuznaczna rola

Jak psychiatra ma to ocenić? Jakimi kryteriami się posłużyć? Nie ma dobrej odpowiedzi na te pytania. „W psychiatrii nie są zdefiniowane jasne, uniwersalne kryteria oceny wysokiego prawdopodobieństwa popełnienia czynu zabronionego” – pisał w opinii dla Sejmu jeszcze w trakcie sejmowych prac nad projektem tej ustawy prof. dr hab. Janusz Heitzman (Instytut Psychiatrii i Neurologii). A prof. dr hab. Józef Krzysztof Gierowski (Uniwersytet Jagielloński) trzy dni po jej uchwaleniu w apelu skierowanym do środowiska psychiatrów stwierdził wręcz: „Zasady deontologiczne odnoszące się do wykonywania przeze mnie zawodu zaufania publicznego uniemożliwiają mi realizowanie takich opiniodawczych zadań, jakie formułuje krytykowana ustawa”. No cóż, nic dodać, nic ująć. Trudno sobie wyobrazić dosadniejsze zakwestionowanie nałożonych ustawą obowiązków opiniodawczych.

To pamiętamy – krytykowana ustawa powstała mimo jednoznacznego sprzeciwu instytucji psychiatrycznych, Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, konsultanta krajowego ds. psychiatrii, samorządu lekarzy i innych organizacji. Została jednak przyjęta przez Sejm właściwie jednogłośnie – tylko trzech posłów spośród 441 głosujących było przeciwnych jej uchwaleniu. Trudno tej „jednomyślności” nie uznać za przejaw arogancji elit politycznych. Tak to wygląda, nawet gdy uwzględnimy, że owe elity reagowały na obawy społeczeństwa zatrwożonego perspektywą opuszczania zakładów karnych przez groźnych przestępców deklarujących zamiar powrotu do przestępczości. Termin naglił, ponieważ kończyły się odsiadki. Z tego samego zapewne powodu podpisał ustawę prezydent. Tyle że jednocześnie skierował do Trybunału Konstytucyjnego (TK) wniosek o ocenę, czy wprowadzone na jej podstawie rozwiązania odpowiadają standardom konstytucyjnym. Zwłaszcza tym, które każą szanować wolność osobistą, zabraniają karać dwa razy za ten sam czyn (zasada ne bis in idem), wymagają prawidłowej legislacji i tzw. określoności przepisów prawa.

Margines wolności

Zacznijmy od kwestii wolności osobistej. Umieszczenie w ośrodku stanowi bez wątpienia najsurowszą formę ingerencji w wolność osobistą jednostki, ponieważ całkowicie ją znosi – czytamy we wniosku do TK. Każda ustawa wprowadzająca ograniczenia w sferze wolności musi służyć ochronie interesu publicznego. Czy tak jest w tym wypadku? Owszem, tak. Słuszny cel nie przekłada się jednak na konstytucyjność regulacji. Aby dopełnić wszystkich warunków, musi ona jeszcze być niezbędna. Jeśli weźmiemy to pod uwagę, nasuwają się kolejne pytania: Czy można w inny sposób osiągnąć ów cel, czyli zapewnić ochronę społeczeństwa? Czy na pewno rozważono inne środki i uznano je za niewystarczające?

Autor wniosku nie ma w tej materii pewności. Cytuje opinię Rady Legislacyjnej i głosy ekspertów, optujące za innymi rozwiązaniami. Na przykład, zdaniem Rady Legislacyjnej tzw. czynności operacyjno-rozpoznawcze mogłyby stanowić wystarczający środek przeciwdziałania zagrożeniom ze strony osób, których dotyczy ustawa. Gdyby tak się stało, na policję spadłyby liczne nowe obowiązki.

Z kolei przywołując zasadę ne bis in idem prezydent zauważył, że bezterminowe umieszczenie sprawcy przestępstwa w zakładzie zamkniętym już po odbyciu przez niego kary niesie za sobą ryzyko przekształcenia pobytu w długotrwałe, a nawet dożywotnie, pozbawienie wolności. Tego typu postpenalny środek zabezpieczający, wykonywany po odbyciu kary, może być postrzegany w kategoriach podwójnego karania za ten sam czyn. Budzi to wątpliwości natury konstytucyjnej. Dzieje się tak, choć twórcy ustawy starali się przekreślić związek pomiędzy przestępstwem stanowiącym podstawę skazania na karę więzienia a umieszczeniem skazanego w ośrodku. Z tego właśnie powodu, zanim skieruje się kogoś do ośrodka, trzeba dopatrzeć się u tej osoby zaburzeń psychicznych występujących podczas pobytu w więzieniu.

Zamysłu tego (tzn. przekreślenia, zerwania związku) nie udało się urzeczywistnić. Zdaniem prezydenta istnieje bowiem wątpliwość, czy ocena takich zaburzeń w oderwaniu od charakteru uprzedniej działalności przestępczej jest w ogóle możliwa, a nawet, czy podejmowanie takich prób ma jakikolwiek sens. Poza tym o ocenie danej instytucji decyduje nie nazwa, lecz treść. W omawianym przypadku umieszczenie sprawcy w ośrodku przywodzi na myśl zastosowanie środka represyjnego, a nie leczniczego. I nie ma tu nic do rzeczy, że ośrodek działa w ramach resortu zdrowia i jest podporządkowany jego szefowi.

Przejdźmy do trzeciej kwestii, najistotniejszej nie tylko z punktu widzenia lekarzy. Dotykamy wrażliwego tematu wykorzystywania psychiatrii do celów niemedycznych. Otóż z konstytucyjnej zasady poprawności legislacji wynika zakaz stanowienia przepisów niewykonalnych. Według prezydenta przepis ustawy określający obowiązek sporządzenia prognozy co do przyszłego zachowania osoby opuszczającej więzienie grzeszy brakiem precyzji. Dlatego nie wiadomo, w jaki sposób wykonać go rzetelnie.

To trafny argument. Zgodnie z porzekadłem, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, prognozowanie ryzyka przemocy kryminalnej jest zawsze zadaniem złożonym. W tym przypadku występuje problem: jaki stopień pewności musi mieć sąd orzekający osadzenie w ośrodku. Pojawia się też kwestia rozróżnienia między kompetencją sądu a kompetencją biegłego zobowiązanego do przekazania sądowi informacji i wiadomości specjalnych. Jak twierdzi prezydent, z tego punktu widzenia reguły proceduralne określone w Ustawie z 22 listopada 2013 roku powinny wzbudzać wątpliwość co do realnej roli sądu w podejmowaniu decyzji o umieszczeniu w ośrodku oraz obawę, iż sąd może zostać sprowadzony do roli „notarialnej”.

Trybunał oceni

Nad tymi argumentami pochylą się nasi sędziowie konstytucyjni. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że ustawa, która szybko zyskała mylące nazwy obiegowe (ustawa o bestiach albo lex Trynkiewicz), wyjdzie z tego obronnie. Choć nie można takiego scenariusza wykluczyć.

Byłby to kolejny kłopot, gdyż zakres jej rażenia nie ogranicza się tylko do osoby Trynkiewicza, ani do innych „bestii”, czyli osób, którym mniej więcej ćwierć wieku temu uchwalona wówczas amnestia zamieniła karę śmierci na 25 lat więzienia, gdyż nasze prawo nie przewidywało wówczas kary dożywocia. Ustawa sięga znacznie szerzej. Dotyczy wszystkich skazanych odbywających dziś karę więzienia w wymiarze od miesiąca do 15 lat, jak również tych, wobec których taka kara zostanie orzeczona w przyszłości. Wystarczy, by pojawiły się u nich zaburzenia psychiczne, a kara wykonywana będzie w systemie terapeutycznym. Wnioski? Przepisami ustawy mogą zostać objęci sprawcy nawet stosunkowo mało groźnych przestępstw, przy czym bez znaczenia pozostaje rodzaj dobra, w jakie godził sprawca, stopień zawinienia i sposób działania.

Z tego względu stwierdzenie, że działa ustawa będąca istnym potworkiem legislacyjnym, brzmi złowieszczo. I na dodatek irytuje, ponieważ trudno zapomnieć o lekkomyślności Sejmu ćwierć wieku temu, kolejnych ekip rządzących, wreszcie o uchwalaniu ustawy w ostatniej chwili i byle jak.