Dostęp Otwarty

Na ważny temat

Jesteśmy perłami narodu, w które nikt nie chce inwestować

O wypowiadaniu klauzul opt-out, bezowocnych rozmowach z politykami i dobrym momencie na bunt z Jarosławem Bilińskim, wiceprzewodniczącym Porozumienia Rezydentów OZZL, rozmawia Jerzy Dziekoński

Small andhul 0220102016med02 opt

Jarosław Biliński

MT: W jakiej dziedzinie się pan specjalizuje?


Jarosław Biliński:
Jestem rezydentem. Zaczynam trzeci rok szkolenia specjalizacyjnego z hematologii. Pracuję w Warszawie, w szpitalu klinicznym. Studia skończyłem w Bydgoszczy jako najlepszy student na roku. Staż odbyłem już w Warszawie. Hematologia była moim marzeniem i udało mi się: realizuję je. Kocham to, co robię. Szybko przyszła jednak weryfikacja – przez pierwsze pół roku pracowałem codziennie do godziny 22, oczywiście za darmo i to dlatego, że brakowało kadry lekarskiej. Kiedy zobaczyłem, z jakim ogromem biurokracji musi zmierzyć się lekarz i jak mało jest lekarzy, stwierdziłem, że coś jest nie tak z systemem.


MT: Ile godzin miesięcznie pan pracuje?


J.B.:
Mam pracę na etacie rezydenckim, dyżury, drugie miejsce pracy, robię doktorat, uczę studentów i udzielam się w Porozumieniu Rezydentów OZZL. Pracuję po 16 godzin dziennie. Podejrzewam, że uzbiera się 500 godzin miesięcznie.


MT: Mówi pan o biurokracji i brakach kadrowych w szpitalach. W jaki sposób wpływa to na działalność w Porozumieniu Rezydentów?


J.B.:
W sposób istotny. Moje działanie, a także działanie moich znajomych z Porozumienia, to typowo oddolny ruch. Wszyscy spotykamy się w pracy z tymi samymi problemami i mówimy głośno: „dość”. Nie boimy się, że zaszkodzimy swoim karierom, jeśli zawalczymy o swoje prawa i o prawa pacjentów, bo przecież to wszystko dla dobra ogółu. Nie chodzi już nawet o to, że musimy pracować tak długo, lecz raczej o to, że musimy świecić oczami przed pacjentami za ułomności systemu. To boli najbardziej, szczególnie młodych, idealistów, którzy inaczej sobie to wszystko wyobrażali.


MT: I często to lekarz obrywa za ten system.


J.B.:
Pacjenci skupiają całą swoją złość na lekarzu. To oczywiste.


MT: Jakie były początki Porozumienia Rezydentów?


J.B.:
Zgadaliśmy się przez serwis społecznościowy z grupą ludzi, którzy podobnie jak ja mieli dość. Zorganizowaliśmy w listopadzie ubiegłego roku pierwsze spotkanie. Dalej potoczyło się bardzo szybko. Większość ma świetną kadrę w pracy, pomocnych kolegów i szefów, ale system nie pozwala pracować zgodnie ze standardami światowymi. Mnóstwo ludzi dołączyło do nas z tym samym przeświadczeniem i zaczęliśmy działać. Ustaliliśmy jedną zasadę: działamy merytorycznie. Nie wchodzimy w żadne gry polityczne i operujemy jedynie faktami.


MT: W jaki sposób do nazwy Porozumienie Rezydentów dołączony został OZZL?


J.B.:
Mieliśmy do wyboru dwie drogi: albo zarejestrować się jako nowa organizacja, albo wejść w struktury już istniejące. OZZL zaproponował nam współpracę na bardzo dogodnych warunkach. W swoich działaniach mamy całkowicie wolną rękę. Zgodziliśmy się. Związek zawodowy ma łatkę krzykaczy, więc mimo naszego ustalenia, że działamy merytorycznie, a priori zostaliśmy uznani za awanturników i próbowano nam to wmówić. Szybko jednak strona rządząca przekonała się, że nasze działanie jest niestandardowe i uciążliwe, zdecydowanie merytoryczne.


MT: Tylko od czego miałby być związek zawodowy, jeśli nie od walki?


J.B.:
Samorząd lekarski jest od pilnowania kwestii legislacyjnych, biurokratycznych, dbałości o wizerunek lekarza w społeczeństwie, zaś związek ma walczyć o warunki pracy. Niestety jest to źle pojmowane w Polsce. Pojawiły się zarzuty, że skoro jesteśmy częścią OZZL, to walczymy tylko o kasę dla siebie i nic więcej.


MT: Ten wątek przewija się dość często: że rezydentów obchodzą tylko sprawy rezydentów.


J.B.:
Na ostatnim spotkaniu zorganizowanym przez minister Beatę Kempę, w którym uczestniczyli wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas, wiceminister pracy Stanisław Szwed oraz zastępca szefa Kancelarii RM Paweł Szrot, kilka razy padło stwierdzenie, że walczymy o partykularne interesy rezydentów. Nikt nie bierze pod uwagę, że młody lekarz spotyka się z pacjentami, których chciałby leczyć, ale nie może, bo z jednej strony są limity, z drugiej kolejka, a w dodatku siedzi 20. godzinę w pracy, więc traci kontakt z rzeczywistością, nie tylko z pacjentem. A potem raz w miesiącu wpływa wypłata, po której chce się płakać. Najgorsze jest to, jak działa system. Bez przywrócenia godności lekarza i bez upodmiotowienia pacjenta oraz relacji między nimi nie da się zrealizować naszych postulatów.

Poza tym na zarzuty dotyczące walki o „partykularne interesy” jest jedna odpowiedź: jest Porozumienie Zawodów Medycznych, w którym działamy, gdzie mówimy jednym głosem z przedstawicielami innych zawodów, nie tylko w imieniu lekarzy rezydentów. Najważniejszy postulat to zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia. W tym zgadzamy się wszyscy.


MT: 6,8 proc. PKB.


J.B.:
To jest minimum. Jest to do osiągnięcia w cztery lata.