MT: Opis tej metody brzmi tak futurystycznie, że trudno uwierzyć, by mogła przynieść tak istotny przełom w transplantologii.


D.S.:
Kiedy pod koniec lat 90. na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa zaczynaliśmy stosować metodę odczulania, uznano, że jest ona szalona, i wprowadziło ją zaledwie kilka ośrodków w Stanach Zjednoczonych. W miarę jak zdobywaliśmy doświadczenie, zaczęliśmy o tym mówić. Rezultaty przedstawiliśmy na łamach „New England Journal of Medicine”.


MT: Mógłby je pan przybliżyć czytelnikom „Medical Tribune”?


D.S.:
Obserwacje były prowadzone na ponad 1 tys. pacjentów przez osiem lat. Chorych podzielono na trzy grupy. Pierwsza przeszła odczulanie i otrzymała nerkę od dowolnego dawcy. W drugiej dostali już zgodną immunologicznie nerkę pobraną od zmarłego dawcy. W trzeciej grupie mieliśmy osoby, które czekały na przeszczep, jednak żadnej z nich nerki nie przeszczepiono. Analiza wyników była bardzo obiecująca. W pierwszej odczulonej grupie wciąż żyło 76,5 proc. pacjentów. W drugiej wskaźnik ten wynosił 62,9 proc., a w ostatniej – 43,9 proc.


MT: A ile osób skorzystało dotąd na tej metodzie?


D.S.:
Myślę, że co najmniej 1 tys., a może i 2 tys., dokładnych liczb nie znam. Obecnie na 300 ośrodków transplantologicznych, które dokonują przeszczepień nerek w USA, ok. 100 stosuje już z powodzeniem tę metodę. Można powiedzieć, że doszliśmy do sytuacji, w której chory nie potrzebuje idealnego dla siebie żyjącego dawcy, ale jedynie jakiegokolwiek żywego dawcy. Łatwiej znajdujemy dawcę w programie wymiany par. Wtedy zaczynamy odczulanie. Okazuje się też, że nie musimy tego przeprowadzać jedynie w tych najbardziej renomowanych ośrodkach akademickich, gdzie zdobywa się duże doświadczenie. W tym momencie może to zrobić każdy transplantolog, który jest zmotywowany, by nauczyć się tej metody.


MT: I wszystkie zabiegi były udane, nie było skutków ubocznych?


D.S.:
Procedura jest nadal eksperymentem medycznym, a użyte leki nie są jeszcze zarejestrowane w tych wskazaniach – zastosowaliśmy je po uzyskaniu specjalnej zgody. Każde działanie medyczne pociąga za sobą większe lub mniejsze skutki uboczne. Tym bardziej przy odczulaniu, gdzie występuje drastyczna modyfikacja układu odpornościowego. Gdyby pana brat miał dwóch dawców nerki: pana z niewłaściwym typem krwi i siostrę z właściwym typem krwi, to oczywiście skorzystalibyśmy z siostry jako dawcy. Bo przy usuwaniu przeciwciał zawsze może wystąpić ryzyko powikłań.


MT: Ale czy poważne jest to ryzyko?


D.S.:
Jeśli na trzy tygodnie usuwamy przeciwciała z organizmu, a złapie pan w tym czasie infekcję, będzie to miało reperkusje. Dlatego u tych pacjentów musimy bardzo uważać na wszelkie zakażenia. Kolejne ryzyko związane jest z samą nerką, bo nie możemy usunąć przeciwciał biorcy na zawsze, zresztą ciało wytworzy zaraz nowe. Dlatego biorca musi zażywać leki immunosupresyjne. Bowiem walka między nerką a układem odpornościowym jest na całe życie. Wiemy, że zgodny dawca pozwoliłby na osiągnięcie lepszego wyniku niż niezgodny. Ale z drugiej strony wiemy też, że nawet niezgodny dawca jest i tak lepszym rozwiązaniem niż jego brak. I gdybyśmy pozostawili te przeciwciała, walka z nowym organem byłaby jeszcze większa i ostatecznie przegrana.


MT: Jak potoczą się dalsze losy przeszczepiania nerek pacjentom metodą odczulania?


D.S.:
Aby stworzyć nowe źródło pozyskiwania organów, pracujemy nad innymi obszarami, gdzie można by wykorzystać tę nowatorską metodę. Według mnie najlepszym kandydatem do odczulania byłaby teoretycznie wątroba, która w mniejszym stopniu wymaga ochrony przed przeciwciałami. Możliwe, że odczulanie uda się kiedyś wykorzystać w transplantacji płuc, ale to odległa przyszłość.

Do góry