Dostęp Otwarty

Pytania do konsultanta

Modę na boreliozę kreują celebryci?

O tym, jak lekarz ma radzić sobie z emocjami pacjentów związanymi z boreliozą, z prof. dr. hab. med. Andrzejem Horbanem, konsultantem krajowym w dziedzinie chorób zakaźnych, rozmawia Iwona Dudzik

Small cropped zdjah opt

prof. dr hab. med. Andrzej Horban

MT: Leczenie boreliozy wywołuje kontrowersje. Mamy uznawane oficjalnie zalecenia oparte na wytycznych Amerykańskiego Towarzystwa Chorób Zakaźnych (IDSA). I drugie, w opozycji, głoszone przez Międzynarodowe Towarzystwo ds. Boreliozy i Chorób z Nią Powiązanych (ILADS), praktykowane w wielu prywatnych gabinetach. Jak przebiega spór?


Prof. Andrzej Horban:
 W cywilizowanym świecie jedyną obowiązującą medycyną jest wersja oparta na wynikach badań naukowych i klinicznych, tzw. evidence based medicine. W tym kontekście tzw. metoda ILADS nie może być w ogóle brana pod uwagę jako oficjalne zalecenia, bo nie spełnia tych kryteriów. Rekomendacje towarzystw naukowych dotyczące boreliozy są jasne i klarowne, każdy lekarz powinien ich przestrzegać.

Oficjalna medycyna na pytanie, czy należy stosować przewlekle antybiotyki w leczeniu choroby z Lyme, odpowiedziała: zdecydowanie nie. Opublikowane zostały na ten temat wyniki trzech badań klinicznych przeprowadzonych przez poważne instytucje.

Generalnie, jeśli lekarz uważa, że stosowane metody leczenia są nieskuteczne i jest przekonany, że inna metoda będzie lepsza – a ma do tego prawo – może ją zastosować u pacjenta, pod warunkiem że nazwie ją eksperymentem leczniczym, dokładnie opisze, uzyska zgodę komisji bioetycznej na jej zastosowanie, wdroży u pacjenta, a wyniki prześle do komisji, potem opublikuje w czasopiśmie naukowym. Powinien się też ubezpieczyć od odpowiedzialności cywilnej za podjęte działania. Drugim sposobem udowodnienia swoich racji są badania kliniczne przeprowadzone zgodnie z przyjętymi zasadami. Każde inne postępowanie jest niezgodne z prawem.

Niestety, w tym przypadku mamy do czynienia z grupą hochsztaplerów stosujących pseudoleczenie, za które ponadto każą sobie słono płacić. Ich działanie nie ma podstaw medycznych, wynika jedynie z chęci zysku.


MT: ILADS trafia w oczekiwania chorych, którzy przez wiele miesięcy zmagają się z subiektywnymi objawami i którym lekarze nie potrafią pomóc: bólami głowy i stawów, drętwieniem nóg, zaburzeniami widzenia i pamięci. W tych historiach zawsze pojawia się kontakt z kleszczem, często wiele lat wcześniej. Charakterystyczny dla boreliozy rumień został przeoczony lub nie wystąpił. Badania krwi nie są doskonałe, dlatego nie wykryły choroby. Na końcu pojawia się lekarz, który wreszcie ma czas, wszystko tłumaczy, diagnozuje, wdraża niestandardowe leczenie i następuje poprawa. Gdzie tkwi błąd?


A.H.:
Błąd po pierwsze, polega na tym, że osoby te nie mają boreliozy. Po drugie, nawet gdyby miały, to terapia krótka, kilkutygodniowa, prowadzi do wyleczenia praktycznie w 100 proc. przypadków. Jeśli objawy utrzymują się dłużej, oznacza to, że jest inna przyczyna dolegliwości. Część wspomnianych objawów może wynikać z innych chorób, których nierozpoznanie w odpowiednim czasie prowadzi do opóźnienia właściwego leczenia i powstania nieodwracalnych zmian, a w skrajnych przypadkach nawet do śmierci.


MT: Ale do lekarzy zgłasza się coraz więcej pacjentów, którzy domagają się leczenia boreliozy metodą ILADS.


A.H.:
Lekarze po to mają dyplom, otrzymują rekomendacje diagnostyczno-lecznicze, aby się do nich stosować. Lekarz nie ma prawa ulegać dyktatowi pacjenta – bądź co bądź laika.


MT: Lekarze mają utrudnione zadanie, aby wybić choremu z głowy metodę, do której przekonują go osoby znane z życia publicznego, jak reżyserka Magdalena Piekorz, aktorka Barbara Kurdej-Szatan czy modelka Barbara Pasek. Opowiadają one w mediach o swoich doświadczeniach, a ludzie im wierzą. Jak lekarze powinni ostrzegać zdesperowanych pacjentów przed metodami nienaukowymi?


A.H.:
O czym my mówimy? Nie znam wymienionych osób, ale wydaje mi się, że nie są lekarzami. Kiedyś proste rozwiązanie każdego problemu medycznego otrzymywało się w maglu. Dziś, jak pani sugeruje, funkcję wszystkowiedzących przejęli celebryci.


MT: Mówimy o realnym problemie, jaki mają lekarze ze swoimi pacjentami.


A.H.:
Realny problem jest taki, że grupa pacjentów z różnych powodów twierdzi, że ich dolegliwości są związane z boreliozą. Nikt przy tym nie neguje, że rzeczywiście mają objawy i źle się czują. Zresztą nie ma ludzi stuprocentowo zdrowych – każdemu w mniejszym lub większym stopniu coś dolega. Ale rzecz w tym, że nie są to objawy boreliozy. Rzeczywistym problemem lekarza jest postawienie prawidłowej diagnozy i odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu prezentowane objawy są związane z chorobą somatyczną, na ile są groźne, czy wymagają dokładnej diagnostyki i ewentualnego leczenia. Potrzebne jest przywrócenie zasady wzajemnego zaufania i prawidłowych relacji pacjenta i lekarza. Bez tego rzeczywiście obie strony mają realny problem.


MT: Niektórzy lekarze, właśnie ci, do których później prywatnie trafiają pacjenci, by leczyć boreliozę niepotwierdzonymi metodami, także mają dyplomy.


A.H.:
Tacy lekarze są zakałą naszego zawodu i powinni zostać postawieni co najmniej przed sądem lekarskim, który może ich pozbawić prawa wykonywania zawodu. Powinni ponieść odpowiedzialność nie tylko zawodową, ale cywilną i karną.


MT: Nie słychać, aby ci lekarze mieli jakiekolwiek problemy.


A.H.:
Oczywiście, że mają. Dodam, że niektóre kraje, np. skandynawskie, całkowicie zakazują takiej działalności jako niezgodnej z prawem.


MT: Ile takich spraw jest w toku?