Dostęp Otwarty

Na ważny temat

Tworzymy cyrulików, którzy mają załatwiać jeden problem

O tym, czy interna jest wciąż atrakcyjna dla młodych lekarzy, z prof. dr. hab. med. Jackiem Różańskim, konsultantem krajowym w dziedzinie chorób wewnętrznych, rozmawia Iwona Dudzik

Small rozanski opt

Prof. dr hab. med. Jacek Różański

MT: Czy fakt, że konsultantem krajowym w dziedzinie chorób wewnętrznych został internista i nefrolog oznacza szczególne traktowanie nefrologii oraz dominację węższych specjalizacji nad interną?


Prof. Jacek Różański:
Nie. Interna jest królową medycyny, a nefrologia – koroną. Nefrologia, jako najbardziej wymagająca dziedzina interny, jest zwieńczeniem kariery internisty. Nieprzypadkowo mój poprzednik na tym stanowisku, prof. Jacek Imiela, też jest internistą i nefrologiem. Prof. Jan Duława, prezes-elekt Towarzystwa Internistów Polskich, także jest internistą i nefrologiem.


MT: Media donoszą o zamykaniu kolejnych oddziałów internistycznych z powodu braku specjalistów. Niedobór lekarzy to największy problem tych oddziałów. Jak go rozwiązać?


J.R.:
Dyrektorzy dzwonią do mnie nieustannie, błagając wręcz o natychmiastowe znalezienie jakichkolwiek lekarzy dla utrzymania ciągłości pracy oddziałów. Nie tylko w szpitalach powiatowych, ale niestety także w dużych szpitalach wojewódzkich, a nawet klinikach, które w szyldzie mają choroby wewnętrzne, brakuje lekarzy.

Problem narasta od kilku lat. Czynnikiem, który go zapoczątkował, była reforma wprowadzająca nowego specjalistę – lekarza rodzinnego – oraz szybką ścieżkę uzyskania tej specjalizacji. Lekarze chorób wewnętrznych czy pediatrzy po odbyciu takiego skróconego szkolenia stawali się lekarzami rodzinnymi. To spowodowało nagłe zmniejszenie liczby internistów.

Kolejnym czynnikiem było wprowadzenie jednostopniowych specjalizacji szczegółowych. Wcześniej, żeby zostać specjalistą w wąskiej dziedzinie, trzeba było najpierw uzyskać specjalizację z chorób wewnętrznych. Dopiero potem można było otworzyć specjalizację szczegółową. W tej chwili nie jest to wymagane. Mamy specjalizacje bezpośrednie, jednostopniowe. Namnożyło się ich mnóstwo, często zawężonych do leczenia tylko jednej choroby. Mamy więc specjalistów wyłącznie od nadciśnienia tętniczego lub cukrzycy.

Oprócz tego, że powoduje to odpływ specjalistów chorób wewnętrznych, ma jeszcze inne konsekwencje. Akredytację do szkolenia specjalistycznego ma wiele oddziałów, co ma ułatwić szkolenie. Jaki jest efekt? Znam pracownie hemodynamiczne, z których lekarz nie wychodzi przez pięć lat. Po tym czasie zostaje kardiologiem, choć nigdy na oczy nie widział pacjenta internistycznego, a nawet kardiologicznego.

Tak jest niestety w wielu różnych specjalnościach. Kiedyś szkolenie internisty było dłuższe – najpierw lekarz zdobywał jedynkę, potem dwójkę. Następnie można było wybrać podspecjalizację, a tak naprawdę umiejętność. Oczywiście nie chcę obrażać kolegów specjalistów, ale jakim możemy być specjalistą, gdy nie potrafimy spojrzeć na pacjenta całościowo, a widzimy tylko jeden narząd?


MT: Jakie zmiany pan profesor rekomenduje?


J.R.:
Ponieważ obecna sytuacja narastała przez wiele lat, nie łudźmy się, że jakimś zaklęciem nagle ją odczarujemy. To będzie długotrwały proces.

Co zrobić? To, co powiem, będzie niepopularne. Jeśli małe oddziały powiatowe borykają się z problemami kadrowymi, które zagrażają procesowi diagnostyczno-terapeutycznemu, to moim zdaniem nie ma innego wyjścia jak konsolidacja tych oddziałów bądź przekształcenie najmniej wydolnych w oddziały opieki długoterminowej lub leczenia paliatywnego.

Jednym z problemów oddziałów szpitalnych jest nadmierne obciążenie pacjentami, którzy nie wymagają specjalistycznej diagnostyki lub leczenia, tylko opieki i pielęgnacji. Zmorą oddziałów internistycznych, od powiatowych po kliniki, są hospitalizacje „socjalne”. Zaliczam do nich pacjentów leżących, wymagających pielęgnacji, karmienia, także samotnych, których nie ma gdzie wypisać. O tym nasze środowisko głośno mówi od pewnego czasu. Zakłady opiekuńczo-lecznicze lub opieki długoterminowej będą nie tylko tańszym pomysłem, ale przede wszystkim odciążą nas i sprawią, że będziemy mogli skupić się na tych pacjentach, których rzeczywiście możemy diagnozować i leczyć.


MT: Czy interna to dobra specjalizacja dla młodych lekarzy? Najpopularniejsze wśród nich są obecnie specjalizacje, które gwarantują niezależną pracę w prywatnych gabinetach z dala od NFZ.


J.R.:
Interna to specjalizacja trudna, wymagająca i czasochłonna. Natomiast daje niesamowitą satysfakcję. To jedyna specjalizacja przekrojowa, łącząca wiedzę o wszystkich układach i narządach. Nie boję się powiedzieć, że nie istnieje specjalizacja, która nie wymaga wiedzy internistycznej. Dlatego kształcenie specjalistyczne w wąskich dziedzinach, pozbawione wiedzy internistycznej, cofa nas i odhumanizowuje. Tworzymy cyrulików, którzy mają załatwiać jeden problem. Stąd nagminne obarczanie internistów zamawianymi konsultacjami, często w sprawach błahych, z którymi każdy lekarz powinien sobie radzić.

Młodzi lekarze wybierają specjalizacje, które zapewnią im godziwe życie i zarobek. Czy interna im to oferuje? Uważam, że każdy internista może prowadzić własną praktykę i być niezależnym. Czasem droga do tego będzie dłuższa, ale też większe zadowolenie. Musimy najpierw udowodnić pacjentom, że zasługujemy na miano prawdziwego lekarza, wtedy będą nas wybierać.


MT: W październiku lekarze będą wypowiadać klauzule opt-out. Liczbę godzin ograniczać mają także lekarze na umowach cywilno-prawnych. Czy oddziałom chorób wewnętrznych grozi paraliż?


J.R.:
Całe środowisko lekarskie popiera postulaty rezydentów, ale trzeba pamiętać, że na przykład w województwie zachodniopomorskim dominują umowy cywilno-prawne, podczas gdy na wschodzie kraju umowy o pracę. Trudno mi sobie wyobrazić, że młodzi lekarze, którzy tyrają w różnych miejscach, nagle zrezygnują z tych dodatkowych dochodów. Przecież pozwalają im one związać koniec z końcem, utrzymać rodzinę, spłacać kredyty itp. Nie będę wracał już do powtarzanych truizmów, które tak denerwują młodych lekarzy: ja w waszym wieku... Ale niestety, często to prawda. Mam wrażenie, że poprzednie pokolenia lekarzy wkładały więcej trudu w swoje kształcenie i droga ich kariery była trudniejsza. Czy tak powinno być nadal? Nie wiem. Gdyby jednak protest udało się przeprowadzić, to paraliż oddziałów jest pewny. Ich działalność opiera się na ekstensywnej pracy lekarzy. Wręcz nie znam miejsca, gdzie praca lekarzy ograniczona jest do 48 godzin tygodniowo.


MT: Czy nie obawia się pan ogromnego problemu, jakim może się stać niezadowolenie pacjentów podczas protestu? To narastający problem.


J.R.:
O niezadowoleniu pacjentów mówi się od lat. Ale przypominam, że zawód lekarza jest wciąż zawodem zaufania publicznego i większość społeczeństwa ciągle ma do nas zaufanie. Pacjenci rozumieją, że problemy nie wynikają ze złej woli lekarzy, ale błędnej organizacji i niskich nakładów finansowych. Część lekarzy się starzeje, a młodzi wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu godnych warunków pracy. Stąd też brak lekarzy w małych miejscowościach i wydłużające się kolejki.