Dostęp Otwarty

Pożegnanie

Autorytet i przyjaciel

Prof. dr hab. med. Agnieszka Gmitrowicz, kierownik Kliniki Psychiatrii Młodzieżowej I Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, konsultant wojewódzki ds. psychiatrii dzieci i młodzieży
Opracowała Magda Szrejner

Wspomnienie o prof. dr hab. med. Jolancie Rabe-Jabłońskiej

Nie ma chyba osoby z jej najbliższego środowiska, która by nie myślała o niej w kategoriach prawdziwego autorytetu. Ale takiego, który nie grozi palcem, nie budzi lęku, lecz oferuje kontakt merytoryczny, ciepły, zapraszający do współpracy. Nawet gdy miała zastrzeżenia, nie wyrażała ich z pozycji paternalistycznej. Zgodnie z teorią gier, zawsze umiała znaleźć równoległy kontakt z rozmówcą. Myślę, że to budziło u większości z nas ogromny szacunek i chęć, żeby jej dorównać. Ale nie tylko w tym, także w niewiarygodnej pracowitości. Wszyscy, którzy ją znali, wiedzieli, że rzadko chodziła na urlopy. Jej czas wypełniony był pracą i nauką. Nigdy jeszcze nie spotkałam osoby, która wymagałaby tyle od siebie. Wchodziłam czasem do jej gabinetu i po koleżeńsku mówiłam, że pracuje za dużo, że musi robić przerwy. Ale z drugiej strony, dzięki temu, że taka była, z jej wiedzy skorzystało bardzo wielu młodych psychiatrów. Pamiętam jak dziś, że w czasach, gdy nie pracowała już w psychiatrii dzieci i młodzieży, dostała sygnał ze wschodu Polski, iż bez naszego kursu lekarze stamtąd nie zdołają zrobić specjalizacji. Niewiele myśląc, powiedziała do mnie: „Słuchaj, musimy im pomóc, pojedziemy i zrobimy kurs”. Zorganizowałyśmy to w tydzień. Mieszkałyśmy w starym domu nauczyciela, kurs prowadziłyśmy w podziemiach jakiegoś szpitala, ale dzięki jej energii wszystko się udało. Sama bym się na pewno tego nie podjęła.

I jeszcze chciałabym przypomnieć, że to dzięki staraniom pani profesor powstał w Łodzi hostel dla młodzieży, a także oddział młodzieżowy, który funkcjonuje do dzisiaj.

Jaka była w kontaktach ze współpracownikami? Niebywale inspirująca. Każde zebranie naukowe przez nią prowadzone to był przykład wnikliwości, wchodzenia w poszczególne wątki. Zawsze była surowa dla działań powierzchownych i płytkich. Zachęcała nas do poszukiwań i poprzez konstruktywną krytykę potrafiła nadać naszym działaniom twórczy kierunek. Wymagała precyzji. W trakcie rozmowy porządkowała przepływ informacji, dbając, żeby w słowach nie było żadnych zafałszowań. Niektórzy mogli to odbierać jako szorstkość, ale był to wynik ogromnej precyzji przekazywania myśli. Stworzyła tak wysoki standard nauczania psychiatrii na łódzkim Uniwersytecie Medycznym, że wciąż nasi studenci wypadają najlepiej na Lekarskim Egzaminie Państwowym, co zresztą doceniły władze uczelni.

Była osobą niezwykle skromną. Oprócz tego, że zawsze była znakomicie przygotowana, to jeszcze nigdy się nie spóźniała. Ale też nikogo za spóźnienie nie karciła, wyrażała tylko zdziwienie brakiem punktualności, a przez to młodszym kolegom po prostu było wstyd nie przychodzić na czas. Wykreowała zatem pewien etos pracy, który teraz w wielu instytucjach jest regulowany przez karty zegarowe. U nas zasada punktualności działała nawet wtedy, gdy była nieobecna. Myślę, że zadziała nadal.

Jaka była przy bliższym poznaniu? Miała ogromne poczucie humoru. W jej gabinecie wisiała jej karykatura narysowana przez jednego z pacjentów, która znakomicie oddawała jej naturę. Pani profesor bardzo ją lubiła. Ale też sama dużo rysowała. Biurko miała pełne kartek, które w trakcie rozmowy zapełniała postaciami, symbolami. Ten jej zmysł plastyczny bardzo nam pomógł na początku naszej kariery zawodowej. Kiedy w latach 80. jeździłyśmy na kongresy z naszymi wykładami, slajdy były szczytem marzeń i zazwyczaj nie miałyśmy do nich dostępu. Pani profesor wymyśliła, że będziemy rozrysowywać nasze prezentacje na papierze, i to pakowym, bo inny też był poza naszym zasięgiem. Nasz pierwszy grant prezentowałyśmy w taki właśnie sposób. Podobnie habilitację pani profesor. Pamiętam, że trzeba ją było organizować na gorąco, a wtedy wszystko jak na złość przestało działać, np. slajdy wypadały z ramek. Więc kiedy ja się habilitowałam, powiedziała: „Koniec z ołówkiem i ręcznym pisaniem. Nie będę już sprawdzała żadnej pracy pisanej odręcznie”. To było dla mnie takie wyzwanie, że siedziałam nocami, ale dzięki jej postawie opanowałam komputer. Gdyby nie to, moje przejście do cyfrowego świata nastąpiłoby znacznie później.

∗ ∗ ∗

Myślę, że wielu z nas, współpracowników profesor Jabłońskiej, ciągle nie może uwierzyć, że jej z nami nie ma. Ciągle myślimy, że to niemożliwe, że już nigdy nie zobaczymy jej w gabinecie i nie poprowadzi żadnego zebrania.